"... kierujemy się na ogół tą maksymką, moc radości wzmacniać smutku odrobinką..." Jeremi Przybora

sobota, 30 marca 2013

czwartek, 28 marca 2013

Kurczaczek na Zająca dla Tygrysa

Tygrysa otrzymała na Zająca, jak co roku, pięknego, puchatego kurczaczka. Jakiś czas temy odkryłyśmy, że jest to równie fascynujnąca kocia zabawka jak myszka z dzwoneczkiem pachnąca kocimiętką. Od dwóch dni Tygrysa biega z cytrynową kulką, z której wystają różowe plastikowe nóżki, podrzuca, podgryza. Wkłada kurczaczka do kapci, pudełek, pakuje się razem z nim do toreb na zakupy. A także śpi z kurczaczkiem. Z czasem jej przejdzie, ale chwilowo jest to miłość wielka i szalona. Coroczna kurczaczkowa gorączka Tygrysy.



Ach, ach ...

Padam do nóżek
Edyta z Kubkiem Kawy

Sernik Cioci Jadzi

Powiem tylko: to jest COŚ! Niby sernik jak to sernik. Ser, nieprawdaż, jaja,  cukier, bakalie, itd., itp., ale jest w nim ukryta poezja smaków. Cudne połączenie jedwabistego, słodkiego sernika z cierpkością spływającej po nim konfitury wiśniowej oraz strzelająca skorupka gorzkiej czekolady jako zwieńczenie sernika. Sernik Cioci Jadzi, powiadam i tego się będę trzymać, rozkosz w czystej postaci! Lepszy niż poezja francuska w oryginale!

Przepis przebył długą drogę samochodem od Ciocia Jadzi z Waszkowskiego na nasze Ziemie Zachodnie:-) I podbija podniebienia i serca wszystkich naszych Gości. Nawet Gości z Hiszpanii (jej, ile "i"?) "przelotem" będących chwilę w naszym domu. Pyszota!

Tak przy okazji... Bardzo lubię tą opowieść mojej Mamy, iż gdy ktoś z naszej rodziny, z naszych przy-szczecińskich stron jeździł w rodzinne strony moich Dziadków (szeroko pojęte okolice Sieradza) mówiono, że przyjeżdża ... Zachód :-) Dwa lata temu sama to usłyszałam od jednej z cioć. Pochwaliła się także kotem "z cenralnej Polski, z miasta Łodzi" :-). Natomiast u nas zawsze mówi się o rodzinie w ... Centrali. Bardzo mi się to podoba. Takie podmuchy "Samych swoich". Zdałam sobie też sprawę, tak dogłębnie, jakim wyzwaniem i odwagą, ale i jaką wielką koniecznością wyprawy za chlebem, musiał być wyjazd moich Dziadków z ich rodzinnych stron. Wyjazd z całą swoją rodziną, małymi dziećmi, niedługo po wojnie. Moja Mama była bardzo malutka, nie pamięta nic z czasów wojennych, z tych kilku lat przeżytych przez nią w tamtych stronach. No, ale ja nie o tym ...    

Nie mogę niestety zaprezentować sernika. Jest on obecny jedynie pod postacią ingrediencji sernikowych. Wersja końcowa pojawi się w sobotę wieczorem, w podwójnej ilości. Jeden sernik dla Wujów i jeden sernik dla nas. Ach ...  




Trochę, ale tylko odrobinę, zmieniłam przepis. Ujęłam nieco cukru, dodałam dwa białka. Jest nieco mniej słodki, ale to przecież wedle gustu. I nieco bardziej puchaty.

Ingrediencje sernikowe:
- 1 kg twarogu
- 100 g masła
- 1/2 szklanki cukru
- 6 jaj + 2 białka
- 2 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
- 2 lekko czubate łyżki mąki ziemniaczanej
- 1 opakowanie cukru waniliowego
- rodzynki, a u nas najchętniej suszone morele pokrojone w paski
- paczka herbatników na spód

- słoik konfitury wiśniowej, takiej nie sztywnej, a lekko lejącej, z - najlepiej całymi - wiśniami (bardzo dobra konfitura z Biedronki)

- polewa: 1 tabliczka czekolacy gorzkiej, 1 łyżka masła, 2 łyżki wody


Tortownicę o średnicy ok.25 cm smaruję tłuszczem i obsypuję bułką tartą. Dno wykładam herbatnikami.

Gotowy twaróg z wiaderka w tym przepisie nie sprawdza się w ogóle. Bez porównania do tego zmielonego domowo. Jeśli jakoś tak mi się nie chce, ech ... jak mi ciężko, to mielę twaróg tylko jeden raz. A gdy udaję, ach! jakaż to jestem gospocha, kuchara, itd.!, mielę dwa razy. Do tego stopnia by czuć się gospodynią i dobrą kucharką nigdy nie doszłam, nigdy bowiem  nie zmieliłam trzy razy. A, jak wiadomo, trzy razy zmielony ser jest najlepszy.
Jednak, reasumując - raz zmielony twaróg bardzo dobry być może także i jest!
Na zmielony twaróg sypię mąkę ziemniaczaną, proszek do pieczenia i trohę sobie wymieszam z serem.

Ubijam 8 białek ze szczyptą soli na sztywno. Pięknie i szybko się ubijają gdy są schłodzone w lodówce (nie całe jajka, tylko białka, żółtka powinny być w temperaturze pokojowej). Świetnie też działają na ubijanie piany trzepaczki - widełki miksera zmrożone przez kilka minut w zamrażalniku. Białko ubite w trymiga!

W duuużej misce ucieram 6 żółtek z cukrem i cukrem waniliowym na kogel - mogel. Powoli, po kilka łyżek dodaję twaróg do kogla - mogla i miksuję. Tak powinno się robić. Jednak tak naprawdę to dodaję twaróg w trzech - czterech partiach...

Dodaję miękkie masło i ponownie miksuję. (Kilka razy udało mi się upiec sernik, wyjąć z piekarnika, a tu patrzę ... masło na stole! Jakoś o nim zapominałam. I też był dobry, choć nie tak miękki, luźny.)

Wrzucam morele i mieszam.

Na koniec dodaję białka. Najpierw z masą twarogową mieszam odważnie, ręczną trzepaczką, ze dwie - trzy czubate łyżki piany. Ciasto uzyska łatwiejszą do mieszania konsystencję. Dodaję całość białek i delikatnie, acz bez obawy o opadnięcie ciasta, mieszam.

Masę twarogową wylewam do tortownicy.

Piekarnik nagrzany do 180 stopni. Piekę około godziny. Pozostawiam w piekarniku do wystygnięcia. Sernik nie opada (tj. nie opada tak bardzo) jeśli zaraz po wyłączeniu piekarnika obkroi się go nożem tuż przy ściance blaszki. I oczywiście pozostawi dalej w piekarniku. Czasami działa.

Na zimny sernik wykładam zawartość całego słoika konfitury. Na konfiturę wylewam delikatnie polewę z rozpuszczonych i połaczonych składników. Można bezpośrednio na gazie, a można i w kąpieli wodnej rozpuszczać. Czekolada stężeje.

I już! Pychota wielka. Gdy kładzie się porcję na talerzyku to konfitura pięknie spływa po bokach, często trafiają się kwaskowe wiśnie... Czekolada lekko chrupie i przełamuje słodycz ciasta... Oj, kiedy wreszczie ta Wielka Niedziela... U nas ciasta podaje się po śniadaniu. Z kawą. Ach ... Sernik Cioci Jadzi...  

Smacznego
Edyta z Kubkiem Kawy

Ps. Słyszałam i czytałam już kilka razy w różnych fachowych źródłach, iż sernik winien się piec w temperaturze 140 stopni. To jest podobno ta temperatura, kiedy to sernik się piecze, a nie gotuje, jak to jest przy wyższej. Trzeba będzie kiedyś spróbować.  

środa, 27 marca 2013

Mężczyźni Mojego Życia ...

Kamyczki

Kilka dni temu "znalazłam" w moim piekarniku kilka kamyków z masy solnej. Takich prosto z Bałtyku... Gładkie, okrągłe, jaśniutkie.

A dziś zakwitły na nich uśmiechnięte macoszki ...




... i przysiadły motyle ...




... czyli wiosna tuż za progiem ...

Czego wszystkim ...
Hmmm.... chyba coś zdjęcia nie wyszły za bardzo ...
Edyta z Kubkiem Kawy

Ps. Macoszki czyli bratki, co widać. Moja Mama mówi tak na bratki. Tak mówiła Jej Mamy i tak mówiło się w Jej domu i w stronach rodzinnych Mamy mojej Mamy. I Babci mojej Mamy. Ależ namamowałam :-) 

Międzynarodowy Dzień Teatru

A dzień ten to mój ciągły zachwyt nad "Scenariuszem dla trzech aktorów" oraz "Kwartetem dla czterech aktorów", a także i "Scenariuszem dla nie istniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego" Bogusława Schaeffera w Teatrze Stu w Krakowie. Niestety, nie nad "żywymi" spektaklami zachwyt, a nad nagraniami w teatrze telewizji. I także z tego teatru i tą drogą, z niemal podobną obsadą - bo bracia Grabowscy, bo cudny Peszek, bo boski Frycz, a i także genialna Bielska - księdza Kitowicza "Opis obyczajów za panowania Augusta III czyli jak zwyczajnie się wszędzie mięsza złe do dobrego". Uczta, panie dzieju, uczta! A i ubaw! 

 A tak mi też w pamięci, jako żywo, stoi moment, gdy na począteczku czwartej klasy liceum pojechaliśmy z klasą do teatru do Województwa. Mój ulubiony "Idiota" z księciem Myszkinem, sztuka na podstawie książki Fiodora Dostojewskiego. Poważnie, miło, cicho, nastrój świątyni sztuki obecny. Naprawdę bardzo mi się podobało i do dziś bardzo lubię tą książę. Bardzo. Wspaniała lektura na jesień. W którejś scenie dwójka bohaterów siedzi na ławeczce i o czymś rozmawia. Padło w pewnej chwili słowo "zbratać się", zupełnie niewinnie, a nawet w sensie braterstwa duchowego. Moja koleżanka niestety bardzo dosłownie odebrała owo bratanie się, co stanowiło skutek uboczny omawianej właśnie na polskim "Ferdudurke" Gombrowicza, gdzie to o brataniu się z parobkami była mowa. Mam nadzieję, że mój nadgryziony zębem czasu umysł dobrze pamięta te lektury. Być może coś nie tak pamiętam? W każdym razie koniec wydarzenia był taki, że w środku siebie - mam nadzieję, że tylko w środku siebie - chichrałyśmy się bardzo długo, niepoważnie  i karygodnie, biorąc pod  uwagę miejsce wydarzenia. Jak to w wieku z piegowatymi myślami jeszcze. Skutek zaś wydarzenia taki, iż postawiłam sobie za punkt honoru, iż w każdym wypracowaniu, pracy klasowej z języka polskiego użyję wyrazu "zbratać". No naprawdę, człowiek to ma pomysły ... Honor uratowany! Nawet w pracy na maturze pisemnej, na temat miłości w sztuce, dramacie i literaturze, zastosowałam wyraz "zbratać". To się nazywa zacięcie. A raczej głupota :-)

Mój kontakt z teatrem ogranicza się niemal wyłącznie - bardzo niestety! - do tetru telewizji. A i tu można obejrzeć naprawdę fantastyczne rzeczy. Jak "Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna" bodaj ... czeskiego autora, nie jestem też pewna nazwy wsi. Wspaniała rzecz. Jak "Upiór w kuchni" z Ireną Kwiatkowską, Hanną Śleszyńską czy Wiktorem Zborowskim. Jak kilka inscenizacji Szekspira. Jedno bodaj z Fryczem. Jak "Igraszki z diabłem" ach, perełka! Czy trochę Moliera. A dawne czwartowe teatry sensacji, słynne Kobry! Podglądałam przez przymknięte drzwi do pokoju rodziców :-) Oficjalnie pozwalano mi oglądać jedynie wijącą się wężowato kobrę i jej jadowity uśmiech. I do łóżka dziecko drogie!   

W Międzynarodowym Dniu Teatru  apeluję o chodzenie do teatru! Zwłaszcza do siebie o to apeluję! I powagę stosowną dla tego miejsca! I o jak najwięcej teatru w poniedziałkowej telewizji. I jak najmiej teatru w życiu ...

Padam do nóżek
Edyta z Kubkiem Kawy

Zamyślenie ...



poniedziałek, 25 marca 2013

Przednia myśl ...

... z kreskówki poruszyła mnie pozytywnie i radośnie. I musiałam, po prostu musiałam!, ją tutaj wpuścić.


                                                                       Szeregowy z "Pingwinów z Madagaskaru"

"Pingwiny z Madagaskaru" to jedna z moich ulubionych kreskówek. Poprawia humor w kilka sekund. Zwłaszcza, ubóstwiany przez wszystkich, Król Julian. Pan Boberek cudnie go "robi". Sztuka nad sztukami. I zapamiętałam też sobie jedną z radosnych definicji właśnie Julianowego autorstwa: "Widły - tradycyjna broń rokoszowa". 

I tym pozytywnym akcentem ... 

No i ruszam wreszcie do pracy. Ja tu gadu, gadu, a chłop śliwki rwie!, jak mawia moja Mama. Najpierw masa solna, potem kawa i do roboty!  

Edyta z Kubkiem Kawy


Dzień Czytania Tolkiena

Kalendarz w kuchni głosi, iż mamy Dzień Czytania Tolkiena. Lubię i nie lubię. Jednocześnie. To jest, przemawia do mnie Tolkien i nie przemawia. Choć z ciekawości kiedyś przeczytałam co się dało. W bardzo wczesnej młodości. Podoba mi się idea nowego, rozbudowanego w szczegółach świata. Świata magicznego, tajemniczego, innego. A jednak tak do końca mnie nie porusza. Szkoda, bo z pewnością omija mnie jakaś przygoda duchowa.
Ale, ale ... bardzo cieszy mnie posiadane wydanie angielskie trylogii (znowu nie wiem ile "i"?) i "Hobbita", które dostałam od Gieny zza Oceanu, a raczej Szanownego Małżonka Gieny zza Oceanu. Gdy udaję, że znam angielski to sobie czytam. To znaczy przeczytałam po ichniejszemu "Hobbita", do reszty jeszcze nie ruszyłam.



W Dniu Czytania Tolkiena apeluję: czytajmy ile się da! Niekoniecznie Tolkiena, przepraszam...

Dobrego dnia życzę i zabieram się za pieczenie kurek typu "dziecięcego" :-). Oraz kilku zajęcy. Oraz ptaszka ;-) próbnego.

Pozdrawiam słonecznie
Edyta z Kubkiem Kawy

Idealny duet niedzielnego popołudnia ...


... to ciepłe ciasto drożdżowe z kruszonką i zimne mleko.

Inne idalne duety? Gorąca kawa i pianka z mleka. Pomidor z cebulą na kanapce. Książka i paczka Jeżyków. Piątkowy wieczór i Lista Trójki. Lody Magnum i Międzyzdroje pod koniec sierpnia. Kieślowski i Piesiewicz. Maślanka i truskawki. Długa jazda pociągiem i widoki za oknem. Gorąca szarlotka i lody waniliowe. Kieślowski i Preisner. Parasol i deszcz jesienią. Pomidorowa i kluski lane. Pierwszy i drugi tom "Czarodziejskiej Góry". Szklaneczka whisky i Międzyzdroje pod koniec sierpnia. Wiersz i szept. Jajecznica i szczypior. Jesień i miłość. Bita śmietana i truskawki. 

A dla mojej Mamy idealny zestaw to także kaszanka, sucha bułka i koniecznie patrzenie przez okno w kuchni. Tyle, że to już trio :-)

Dobranoc
Edyta z Kubkiem Kawy

niedziela, 24 marca 2013

Prezenty, prezenty ...

Czy jeśli mieszka się pod jednym dachem z osobą, której kupuje się prezent, a prezent służyć będzie także, że tak to ujmę, ogółowi mieszkańców domu, to nie jest to prezent dla darczyńcy także? Czy jeśli darczyńca cieszy się na myśl codziennego patrzenia na prezent obdarowanego, to w zasadzie komu robi ten prezent? A jeśli jeszcze zapytam co, jeśli ma się wspólną kasę? Przerażające mogą być odpowiedzi. Wniosek - taki darczyńca,  kupując prezenty obdarowywanemu, kieruje się niczym innym jak egoizmem!  A tfu! Brzydal nie darczyńca! 

A tak przy okazji ... oto prezent dla Mamy, który dotarł właśnie wczoraj. Nareszcie dotarł! Owinięty w miliony metrów taśmy antystresowej czyli bąbelkowej. Już sama taśma była wielką radością dla Mamy. Uwielbia nią strzelać! Jak i mój Brat także. Dziedziczne widać. W zasadzie to mogłam zamówić belę taśmy antystresowej ...

No, ale prezenty ... Maselniczka z zajączkiem o cudnym, słodkim ogonku. I takie coś do wszystkiego z ptaszyną typu gołąbek. To jest typu synogarliczka, jak twierdzi Mama. Synogarliczki są mi obce, więc niech i tak będzie.




Romantyczne i słodkie. I przyjemne. I zupełnie niczemu nie służące. Ale i jednocześnie jakże konieczne i niezbędne!!!!

I przede wszystkim przybyły do Mamy dwie piękne kartki urodzinowe.

Od Joli z Rodziną tak romantyczna i wiosenna, że muszę ją tu pokazać. Z pięknymi życzeniami.




I od Alabamy z Rodziną kartka - radosna twórczość Marty!
Strona tytułowa:




Mama w pierwszej chwili orzekła, iż jest to ... podkoszulka, a nie paczka - prezent.

Strona 2 i 3:






I strona finałowa, z pytaniem zadanym przez Twórcę ...



na które odpowiedź Jubilatki brzmi: TAK, co zresztą już widać.

Będę się upierać, że nie ma nic bardziej rozczulającego, zabawnego, słodkiego, twórczego i zagadkowego w jednym ponad kartkę stworzoną przez młodszą młodzież. Nie ukrywam, iż czekamy już na wielkanocne dzieło.

Pozdrawiam ni to wiosennie, ni to zimowo. Na stoliku tulipany, a za oknem minus 14 i jaskrawy od mrozu księżyc zagląda do pokoju.
Edyta z Kubkiem Kawy


"Wszystko zostało wymyślone z wyjątkiem tego, jak żyć"
               
                                                                           J.P. Sartre



sobota, 23 marca 2013

Dzień Windy i dwa inne święta

W kalendarzu w kuchni mamy znowu leciutki tłok. Powciskane obok siebie, w małej krateczce 23 marca: Dzień Windy, Dzień Przyjaźni Polsko - Węgierskiej oraz Międzynarodowy Dzień Lasu.

Dzień Windy to szybkie skojerzenie z moją lekką klaustrofobią. Jednak przede wszystkim to film, chyba z końca lat 50 ubiegłego wieku (jeeeej, jak to brzmi). "Windą na szafot" Louisa Malle'a. Z muzyką Miles'a Davis'a. I z genialną, jak zawsze, Jeanne Moreau. Jeśli mnie pamięć nie myli to chyba taki początek początków Nowej Fali. Chyba... Czarny, mroczny, gęsty. Bardzo lubię ten film. I Louisa Malle'a.

Dzień Przyjaźni Polsko - Węgierskiej to   o c z y w i ś c i e   "Chłopcy z Placu Broni" Ferenca Molnara (dobrze pamiętam?) i Nemeczek. Upłakałam się kilkadziesiąt razy.
I coś węgierskiego to także film "Kontrolerzy" sprzed kilku lat. Nie pamiętam zupełnie reżysera. Całość rozgrywa się w metrze budapeszteńskim. Może to ono tworzy ten nastrój? Ciekawy, trochę postrzelony, trochę do śmiechu, trochę mroczny, trochę nastrojowy, trochę do słuchania (świetna do słuchania w sali kinowej muzyka). Byłam na tym filmie trzy dni pod rząd. W naszym miejscowym kinie, którego już nie ma, a podobno ma ożyć. Pierwszego dnia oprócz mnie była pani bileterka ... drugiego dnia trzy osoby ... trzeciego dnia ... tłok! ... siedem osób. Świetne doświadczenie. Nie nazbyt rzadkie w naszym Nieistniejącym Już Kinie. I to miało swój urok, ach.  
I coś węgierskiego to Bela Bartok, którego nie rozumiem i dlatego nie lubię. Albo nie lubię i dlatego nie chce mi się go zrozumieć.
I coś węgierskiego to także Sandor Marai, którego odkryłam kilka lat temu i uwielbiam bezgranicznie. Bo na przykład: 

"Wielka namiętność - w miłości czy w sztuce - jest zawsze radosna. Psuedonamiętność jest ponura, patetyczna i zadyszana." 

I coś węgierskiego to piosenka obecna w moim życiu odkąd pamiętam. Dzięki Trójce i dzięki Szczurkowi. "Dziewczyna o perłowych włosach" Omegi. Bardzo piękna rzecz. Coś mi się wydaje, że czas jakiś temu śpiewał ją też Kult.

Międzynarodowy Dzień Lasu czyli natura, przyroda, ptaszki co świergolą, dziki co wyskakują znienacka i pędzą przez ścieżkę, grzyby!!!!!, kleszcze i pająki, spacery z Bastą, podchody z podwórkowiczami w dzieciństwie na Grunwaldzkiej oraz patyczki i szyszunie. Czyli dobre i złe w jednym a jednak ogólnie przemile przemiłe. Gdyby nie chamstwo wyzierające w postaci śmieci w lesie.
Chciałam, z okazji owego Dnia Lasu, zaprezentować obraz natury w miniaturze w domu, ale na stół wkradł się Sierściuch i całość diabli wzięli. Chociaż ... Jest drewno czyli jakby drzewo w lesie (meble), jest zieleń czyli roślinność (kocia trawka), a dzięki Kotto jest i zwierz jako taki. Można go nawet podciągnąć pod rysia, przy odrobinie dobrej woli.




W ten potrójnie świąteczny dzień apeluję: po pierwsze - windy nie psujcie się, boję się!; po drugie - niech żyje przyjaźń polsko - węgierska i Sandor Marai, i Omega; po trzecie - szanujmy zieleń! szanujmy lasy!!!! Jak to kiedyś stało na tabliczkach na trawnikach? "Szanuj zieleń boś nie jeleń!"

Padam do nóżek
Edyta z Kubkiem Kawy

Ps. Przyszedł prezent dla Mamy! Ależ była radość! I Kartka Osobiście Rysowana Przez Martę z Wielkopolski! Ależ była radość!!! Ale o tym niebawem :-)

piątek, 22 marca 2013

Światowy Dzień Wody

Kojarzy mi się woda z ... i tu - uwaga kryć się! - zanucę ...

"Gęsi za wodą, kaczki za wodą.
Nie chodź tam dziewczyno bo cię uwiodą ... "




Oczywiście wiem, że oryginał tej piosneczki brzmi inaczej, ale niestety już w tej wersji go nie pamiętam. A gęsi to efekt minionej, "nie śpiącej" nocy. Trafią one, oraz ich dwie koleżanki, na okno w kuchni. 

Woda jest pychota. Bardzo lubię. Bardziej niż kompoty, bardziej niż soki. Bez szklanki wody obok, nawet gdy piję akurat kawę czy herbatę, nie umiem spokojnie usiedzieć i coś robić. A półka obok łóżka, nocą, bez szklanki wody ... niemożliwe! I, co ważne, woda z kubka nie jest tak smakowita, jak woda ze szklanki. Takiej z grubiego szkla, o nieco kwadratowych kształtach.

Jednak pierwsze co przyszło mi na myśl gdy dojrzałam, że dziś Światowy Dzień Wody to docenienie, że nam tak łatwo dotrzeć do niej. Odkręcamy kran, odkręcamy butelkę i już. I przyszła mi na myśl kampania Polskiej Akcji Humanitarnej bodajże, z budowaniem studni w krajach Afryki, itp. Niesamowite działania. I jakie ciężkie życie ludzi tam.

W Światowy Dzień Wody apeluję: uważajmy na odkręcone krany! To nie jest, wbrew pozorom, strumień bez końca. Jak wieść niesie, światowe zasoby wody bardzo się kurczą. Apeluję także: pijmy wodę! Dla ducha i ciała! To działa! Lepszy humor gdy ciało i mózg nawodnione, człowiek nie senny, a i nawodniona skóra = mniej zmarszczek :-)

Życzę dobrego dnia
Edyta z Kubkiem Kawy oraz ze Szklanką Wody


"Jak ja cię kocham, nic cię nie przekona,
bo ty śpisz we mnie, we mnie śnisz schowany"

                                                                                                      Federico Garcia Lorca

Groszkowa zupa dla bardzo leniwych, ale nie tylko

... czyli dziś dla mnie jak znalazł. Wzięłam...




- 3 szklanki mrożonego groszku
- 3 szklanki wody
- 1 kulkę mozarelli
- grzanki lub groszek ptysiowy (ale jakoś u nas za nim się nie przepada), lub też nic.

Wodę pogotowałam. Do wrzątku wrzuciłam groszek i gotowałam ok. 10 minut, do prawie miękkości groszku. W tym czasie popatrzyłam na kota siedzącego w zlewie, na śnieg za oknem, przeczytałam przepis na paschę. Zdjęłam garnek z ognia. Wrzuciłam pokrojoną w kostkę mozarellę i całość potraktowałam blenderem. Dodałam nieco pieprzu, można też oczywiście  i sól. Wlałam do miseczki i ...




... i dodałam kilka grzanek.
Grzanki w naszym domu otrzymuje się z pieczenia, czy raczej suszenia, w piekarniku (ok. 200 stopni, ok. 20 minut) starego chleba. A że najczęściej jadamy chleb razowy lub żytni to posiadamy mały zapasik grzanek razowych lub żytnich.
Zupa na początku wydaje się być niezbyt gęsta, ale to tylko pozory. Gęstenieje. I dobra jest także do picia, bez dodatków.
Ma ogromnie dużo białka, jak to ze strączkami bywa. I dba o ... jelita. Same dobrodziejstwo.

Pozdrawiam
Edyta z Kubkiem Kawy

czwartek, 21 marca 2013

Dzień Urodzin Mamy i zielona herbata

A więc świętujmy!

Dziś zawitał do nas nowy gość. Biały zając. Zamyślony. Rozgościł się natychmiast przy zielonej herbacie...


Ps. Prezent dla Mamy nie dotarł. Ech. Będzie jutro. Czekam.

Dobrej nocy
Edyta z Kubkiem Kawy

środa, 20 marca 2013

Herbatka

Herbata w środku dnia tak przyjemna. Wybacz kubku z kawą...
Dziś już nastrój "zaokienny" taki bez wyraźnej pory roku. Śnieg jakby to zima. Słońce jakby to wiosna. Rynnami głośno spływa woda z topiącego się w słońcu śniegu. Ten dźwięk przypomina mi jesień. A tak daleko jeszcze do jesieni... Ech...

Jesień to dla mnie więcej herbaty mniej kawy. Stanowi dopełnienie długich popołudni i wieczorów. Zielona, którą zaczęłam pić lata temu w pracy, zachęcona przez Pana Jacha. Poziomkowa, którą polubiłam w stolicy Wielkopolski dzięki Konradowi. Biała, której pierwsza fiiżanka wypita w Kołobrzegu. I czasami tylko czarna, która idealnie komponuje mi się do kanapek z tomkiem (nie Tomkiem, tu nie ma błędu).

Dziś biała herbata z mandarynką i kwiatem poziomki. Do tego pomarańcza do podgryzania. I szybkie przeglądanie przepisów wielkanocnych w gazetach i książkach. A i tak pewnie skończy się na boskim, cudnym, pysznościowym Serniku Cioci Jadzi z Konfiturą Wiśniową i Czekoladą ... I to będzie to! Najlepsze co może się przytrafić do kawy po śniadaniu wielkanocnym! I do kawy po obiedzie. I przed obiadem. I po kolacji do kakao. Powiadam, sernik ów jest zacny.

A teraz herbatka. Pierwsza filiżanka to owa biała z mandarynką i kwiatem poziomki ...



... i druga filiżanka od Jeremiego ... 

"Z rozkoszy tego świata
ilości niepomiernej
zostanie nam po latach
herbaty szklanka wiernej.
I nieraz się w piernatach
pomyśli w porze nocnej:
- Ha, trudno! Lecz herbata!
Herbata szklanki mocnej.

Bo póki ciebie, ciebie nam pić...
póty jak w niebie, jak w niebie nam żyć!
Herbatko! Herbatko!"

                                                                                         z "Herbatki" Jeremiego Przybory
                                                                                    (o ile dobrze pamiętam słowa piosenki)

Jutro Mama ma urodziny! Szykuję małą niespodziankę - prezencik! 

Dobranoc 
Edyta z Kubkiem Kawy 

Międzynarodowy Dzień Szczęścia oraz inne Piękne Święta

Okazuje się, iż dziś jest wieeeele świąt! W kalendarzu w kuchni pod datą 20 marca tłok, jak mało kiedy. Oprócz Dnia Bez Mięsa, Dnia Szczurka!, o których było dziś wcześniej, mamy także Dzień Aktora Weterana i Dzień Astronomii.  Bardzo przyjemne święta.

Dzień Aktora Weterana kojarzy mi się z aktorami przez wielkie A. Jak Danuta Szaflarska, jak Jan Kobuszewski, jak ... i tak długo by wymieniać aktorów dobrej szkoły i wielkiej klasy.To Mistrzowie scen i X muzy także, a nie - jak część aktorów dzisiaj, choc oczywiście na szczęście nie wszyscy - mistrzowie bankietów i tabloidów.

Dzień Astronomii (jej, przez jedno "i"?, zawsze mam z tym kłopot) natychmiast budzi mój uśmiech. Bo spadające gwiazdy i wypowiedziane życzenia! Choć z astronomią niewiele ma to wspólnego. Ten uśmiech jednak także stąd, iż ostatnimi czasy wpadłam nieco w astronomię. Z zapartym tchem oglądam na kanałach BBC cylk programów "Wonders of Universe" prowadzonych przez profesora Briana Coxa. Rzecz wspaniale i niezwykle ciekawie zrobiona. Piękne zdjęcia, nie tylko kosmosu, ale i różnych miejsc na naszej planecie. Zjawiska z kosmosu omawiane są bowiem poprzez odniesienie i porównanie do tego, co dzieje się tutaj. Brian Cox wprost genialnie opowiada o Marsie, księżycach różnych planet, o słońcu, o czarnych dziurach, o galaktykach, o prędkości światła ... Jego opowieści są jak kryminał, romans i powieść przygodowa w jednym. Nawet ja coś tam już z tego zaczynam rozumieć...

I kolejne piękne święto! 50 lecie pracy Piotra Kaczkowskiego w Trójce!! Dziś cały dzień Trójka świętuje tą okoliczność. To jest dopiero święto. Minimax! Minimum słów, maksimum muzyki! Gdyby nie Piotr Kaczkowski może nigdy nie usłyszelibyśmy z moim Bratem "Pandory" Cocteau Twins, "Samsary" Ruperta Hine'a czy też ... A teraz jego "Trzeszczące płyty". Piosenki starej daty i z duszą. I ten głos pana Piotra... W ogóle to inny świat. Magia płynąca z radia. Jego programy zawsze były jednymi z przyjemniejszych godzin w tygodniu.

I na koniec, ale nie żeby najmniej ważne, święto piękne. Międzynarodowy Dzień Szczęścia!!! Ogłoszony, jak wieść niesie, przez ONZ. A jeśli już o tym mowa ...


  
" Między pieśnią przerwaną a zbudzonym echem,
Falą i nagą stopą co wnet się zanurzy,
Przyjściem listu i zdjęciem pieczęci z pośpiechem,

Pomiędzy zaproszeniem a rankiem podróży,
Między wzniesioną dłonią a owocem drzew
Śpi szczęście"

                                                                                                      Leopold Staff

W Dzień Szczęścia apeluję: próbujmy być szczęśliwi! To taki przyjemny stan duszy... Nawet jeśli oznacza to, że będziemy pomiędzy...

A, poza wszystkimi świętami, około południa, więc za kilkadziesiąt minut, zacznie się astronomiczna wiosna! Jutro zaś kalendarzowa. U nas ciągle jednak zima. I to też jest powód do szczęścia. Ta chwilowa, ponowna zima taka magiczna. I to także przecież jest pomiędzy ... Bo już raczej nie prawdziwa zima, a jeszcze na pewno nie wiosna.



Szczęścia życzę
Edyta z Kubkiem Kawy

Dzień Szczurka !!!!!!!!

Kalendarz w kuchni pokazuje dziś (poza Dniem Bez Mięsa!) ... Dzień Szczurka!!!!!
Czyli, ni mniej ni więcej, Urodziny Mojego Brata! Bynajmniej mój Brat nie jest szczurkiem, a Szczurek jest moim Bratem! 




Na podwórku i w szkole zwany był drzewiej Szczygłem, od nazwiska. A w domu był i jest Szczurkiem. Pomijam, że jest ruchliwy i zwinny, i wszędzie go pełno. Chyba, że akurat zapada w letarg głęboki, nagły, acz chwilowy. Pomijam to, bowiem Szczurkiem został nie ze względu na powierzchowność czy charakter, a na cześć Szczurka z "O czym szumią wierzby" K. Grahame'a. Choć w zasadzie, ze względu na żywotność i skłonność do wygłupów oraz "niewielkie" ADHD, powinnam go wówczas nazwać Łasicą! Kto czytał książkę, oglądał film z piękną animacją, ten wie o czym mowa.

W Dniu Szczurka apeluję: lubmy szczurki i Szczurka!  A także śpiewam: Sto lat! Sto lat! Niech żyje ...

Edyta z Kubkiem Kawy

Dzień Bez Mięsa

Bardzo, bardzo dobre święto. Od lat świętuję bez ustanku. Z małą przerwą, niestety, narzuconą odgórnie przez personel medyczny wyższego szczebla na okoliczność zdrowienia. Jednak było minęło i NIECH ŻYJE ZIELONE!!
Świętować można dziś bardzo czynnie. U nas będzie uroczyście. Na śniadanie pomidor i szczypior ze szczypiorowego lasu na parapecie. Na obiad zupa groszkowa z nóżką z brokuła w roli ziemniaków.

Będzie także uroczysta kolacja ze  świecami. Honorowymi gośćmi będą brokuł i ser camembert. Zapraszamy chętnych na świętowanie.




Z tych dwóch składników przygotujemy brokuł na parze z pieczonym camembertem. Przy czym moja Mama jada zawsze ser z brokułem, a ja brokuł z serem. Jest to zasadnicza różnica. A danie jest tak proste, że aż wstyd tu mówić w ogóle o procesie gotowania jako takim. Łącznie z pieczeniem, parowaniem przygotowanie zajmuje nam ok. 30 minut, z czego większą część można sobie podczytywać książkę lub patrzeć przez okno, wszystko akurat samo się robi.
Przy okazji - brokuł jest bardzo, ale to bardzo, bardzo antyrakowy. A zwłaszcza jego kiełki, przy czym mają one ostry, zdecydowany smak. Idealny do sałatek i kanapek.

Camembert można tu przygotować na dwa sposoby. Owinąć go w dwie warstwy foli aluminiowej (na wszelki wypadek napiszę, iż po rozpakowaniu sera:-)) i włożyć na blasze do nagrzanego do 210 stopni piekarnika. Piec około 20 - 25 minut. Drugi sposób to włożenie go do naczynia żaroodpornego, przykrycie szczelnie folią aluminiową i także 210 stopni, także 20 - 25 minut. Aaa, niestety nie każdy ser typu camembert nadaje się do takiego zapiekania, tj. nie jest tak boski by po pieczeniu pięknie się rozlewał. Niektóre pozostają gumiaste i zwarte. To niestety można sprawdzić jedynie metodą prób i błędów, czyli degustacji.

Brokuł zaś dzielimy na różyczki i gotujemy na parze jedynie al dente. Albo też jak kto lubi. I jak kto lubi to z nóżką w kostkę lub też bez niej. Brokuł należy wstawić nad parę dopiero po jakimś czasie od włożenia sera do piekarnika. Gotowanie na parze to błyskawiczna sprawa. Dobra organizacja pracy podstawą sukcesu kulinarnego!

Camembert już gorący, rozlewa się cudnie. Wyciągamy z piekarnika i łączymy z brokułem na jednym talerzu albo też dokładamy do sera w naczyniu żaroodpornym. Maczamy różyczki brokuła w serze i z wolna popadamy w letarg ...



Pyszota!  

W Dniu Bez Mięsa wiadomo o co mam ochotę apelować, ale że niestosownym jest stosować  nacisk odnośnie przekonań i poglądów, więc tego nie robię.

Padam do nóżek
Edyta z Kubkiem Kawy

wtorek, 19 marca 2013

Dzień Wędkarza

Kalendarz w kuchni głosi, iż mamy Dzień Wędkarza ... Na dość długo utknęłam po tych słowach... Z czym kojarzy mi się Dzień Wędkarza ...

Gdy mieliśmy Bastę, ona to właśnie najbardziej z całej naszej rodziny lubiła wędkarzy. Wielbiła. Co najmiej kilku z nich obierało, czy też wyprawiało? oprawiało?, swoje zdobycze w lesie, tuż koło naszego domu. W lesie, w którym codziennie biegało się za Bastą, a Basta biegała za patyczkami.  Każdy kto miał/ma psa wie jak kończy się taka historia... Dość powiedzieć, że Basta natychmiast po powrocie z lasu była kąpana w siedmiu wodach przy użyciu siedmu szamponów, a następnie wietrzona siedem godzin na balkonie. Efektu żadnego. A spała w moim pokoju.

Choć to Dzień Wędkarza, nie zaś rybaka, ani też rybki to jednak przyszła mi na myśl "Opowieść o rybaku i złotej rybce" z mojej Bardzo Ulubionej Lektury Dzieciństwa - "Złotej Lipki". I bajkę tą, i całą książkę znałam niemal na pamięć. Zbiór opowieści i bajek ludów słowiańskich. Pięknie ilustrowana. Gdybym złowiła taką złotą rybkę, gdyby te trzy życzenia ... Po pierwsze: samo zdrowie dla Przyjaciół i Znajomych Królika. Po drugie: wszystko co wszystkie Tygrysy lubią najbardziej, dla każdego Tygrysa indywidualnie. Po trzecie: tysiąc złotych na zakupy w Empiku. 

I Dzień Wędkarza to także film dokumentalny z TVP, sprzed kilku lat, o starszym mężczyźnie mieszkającym na nieczynnej barce, na rzece. Razem z nim mieszkało z tuzin kotów. Kilka razy w tygodniu, skoro świt, wypływał na ryby. Na uklejki. Zawsze towarzyszyło mu kilka tych samych kotów i razem z nim łowiły ryby. Dosłownie. Gdy wchodził na łódkę, koty już na niego czekały. 

I na koniec obchodów Dnia Wędkarza wisienka na torcie. Kropka nad i. Smaczek nad smaczkami. Mój Ulubiony Encyklopedysta ksiądz Chmielowski i jego wyobrażenie stworzeń wodnych. Bardzo długa lista dziwów nad dziwami, choć i szczupak tu jest. I inne nam bliskie ryby oraz ...


  

... foka!
Oczywista ja WIEM, że foka nie jest rybą. Chmielowski jeszcze tego nie wiedział. Stąd też foka w księdze VII jego "Nowych Aten", pod tytułem "Nowy Zwierzyniec", w rozdziale "O rybach osobliwych".

" PHOCA (...)

Ciele morskie, albo Pies morski, wielkością do cielęcia, albo psa podobna Ryba; skórę ma na sobie twardą, szerścią obrosłą, zęby wielkie nakształt piły żelazney akkommodowane od natury, nóg cztery nakształt gęsich, głowę małą, króką. Wyrzuca się na brzeg morski y tam twardym snem złożona bywa y chrapi (...). Iest to zwierz człekowi przychylny z natury. Jeden Matacz, albo Szarletan, miał psa morskiego ćwiczonego, którego z sobą wszędzie dla zysku prowadził, który na wspomnienie imion Chrześcijańskich wesołą miną iakąś wyrażał znaki, szmer czynił; na wspomnienie Turczyna y Jeretyka milczał (...)."  

Akkommodowane od natury ... och, smakowite słowo!

W Dzień Wędkarza apeluję do złotych rybek. Dajcie się złowić!

Pozdrawiam ciepło
Edyta z Kubkiem Kawy

I żyli długo i szczęśliwie

Z odrobiny melancholijnego nastroju, odrobiny wstążek, odrobiny białego papieru oraz kubka kawy wyszła dziś ...  




... kartka dla państwa młodych.
Mam nadzieję, że Ci którzy ją otrzymają będą z dnia na dzień coraz bardziej w sobie zakochani ...


Pozdrawiam znowu ze środka mroźnej zimy
Edyta z Kubkiem Kawy

poniedziałek, 18 marca 2013

Dzień Mózgu

Dziś w kalendarzu na ścianie w kuchni Dzień Mózgu! Taka obrzydliwa z wyglądu rzecz a taka genialna co do budowy. I genialna co do funkcjonowania. Tyle piękna dzięki niemu. I tyle nieszczęść. Oj, zaczynam iść w stronę wysokiego C, kończę więc. Jeszcze znowu bzdur nawypisuję. Nie daj bogowie, jeszcze zapytam dzięki czemu, a raczej CZYM czujemy, skąd uczucia... Czy to mózg, czy serce, dusza ? A to tak zobowiązujące do mądrych wypowiedzi święto. Strach to wszystko wypowiedzieć na głos.  

Mój ulubiony, a wspominany już wcześniej, Benedykt Chmielowski w swojej kompilacji "Nowe Ateny albo Akademia wszelkiej sciencyi pełna, na różne tytuły iak na Classes podzielona, Mądrym dla memoryału, Idiotom dla nauki, Politykom dla praktyki, Melancholikom dla rozrywki erygowana" (och, jaki rozkoszny tytuł!) zawarł w Tytule Szesnastym coś co tyczy się "zawartości" mózgu. Za radą Chnielowskiego możemy sobie, jak mniemam po tej lekturze, wielce dopomóc. Otóż napisał on, ostrzegam! dla czytelników o mocnych nerwach!, co następuje:

"Dla nabycia pamięci

(...) zawiesić na szyi serce, lub oczy, lub mózg dudka, zapomnienie oddala, a rozum czyni subtelnym, według Korneliusza Agrippy. Albo też, jeśli by kto połknął serce dudka, albo jaskółki, lub łasice, albo kreta ieszcze drgającego, ostrzy pamięć y rozum (...). Inni piszą, że mózg kury rozum y pamieć znacznie umacnia, y owszem cierpiącym szaleństwo bywa ratunkiem."

Tylko jedno słowo przychodzi mi na myśl. Masakra całkowita. Ciekawe czy ktoś to kiedykolwiek stosował. Oby nie.

Dla rónowagi, proszę, oto radosny obraz ... sikającej myszy. Z fragmentu o tym jak to "włosów pozbyć y znowu nabyć". To jednak już historia z zupełnie innej beczki.



Czyż nie jest piękną mysz owa? Jakież ma bystre spojrzenie.

W Dniu Mózgu życzę wszystkim i sobie najwyższej klasy mózgów!

Pozdrawiam ciepło
i pędzę doczytać do końca (zupełnie przypadkiem tak wyszło, serio, serio!) "Niezwykłe dzieje mózgu Einsteina"

Dobranoc

niedziela, 17 marca 2013

Zupa z soczewicy, że palce lizać

Nic dodać, nic ująć. Smaczna, że palce lizać! Ostra, że ho ho! Ale też nie musi taka być. I zawiera sporo wysokiej jakości białka! I robi się niemal sama i to w kwadrans! Same plusy.




Potrzebujemy dla dwóch osób ....




... czyli:

- 2 szklanki wody
- 1 kostkę bulionu warzywnego (odrobina chemicznego szaleństwa od czasu do czasu jeszcze nikomu nie zaszkodziła)
- 1/2 szklanki soczewicy czerwonej (tyle wystarczy, zupa będzie gęsta)
- 1-2 ząbki czosnku
- 1 płaska łyżeczka kminku (w zupie i tak go nie czuć, a niezbędny, jak to przy soczewicy)
- 1 mała papryczka chilli żywa tj. świeża lub - gdy tej brak - nieco suszonej lub sproszkowanej
- spora garść naci pietruchy

Do garnka wlewamy wodę, dodajemy kostkę, kminek oraz starty lub posiekany czosnek. Gdy wszystko zacznie się gotować wrzucamy soczewicę i gotujemy na bardzo małym ogniu, takim o cichym bul, bul, około kwadransa. Wyłączamy ogień. Jeśli mamy suszoną papryczkę chilli to wkruszamy jej odrobinę, zależy ile kto lubi. I ile wytrzyma. To samo tyczy się też wcześniej wrzuconego czosnku. A jeśli papryczkę mamy żywą to siekamy w drobne paseczki. Pietruszkę siekamy raczej grubo. Wlewamy zupę do miseczki, posypujemy solidnie pietruchą oraz tyle ile sobie życzymy świeżej papryczki.
A jeśli ma się więcej nieco czasu można najpierw podsmażyć na oleju warzywa: marchewkę, seler, cebulę, korzeń pietruszki pokrojone w kostkę i dopiero wtedy dodać wodę i już postępować jak u góry. Oczywiście pominąć kostkę warzywną. Także pyszne.


 
Bardzo, bardzo lubię. Zwłaszcza, ze idealne dla leniwych lub zabieganych.

Ach! A papierek po kostce bulionu warzywnego podajemy kotu. O ile posiadamy taki egzemplarz, jak moje kotto. Wielbiciela papierków po kostkach bulionowych. Nic się nie marnuje.





Zrobiłam kilkanaścię zdjęć, ale to było czyste szaleństwo. Jak zawsze przy spotkaniu Tygryski z papierkiem. Na wszystkich więc są mniej lub bardziej rozmazane paski kociego futra, kawałek ogona, szare smugi. Porażka fotografa - amatora. Szkoda.

Smacznego
Edyta z Kubkiem Kawy

Dzień Świętego Patryka

Dziś w kalendarzu w kuchni Dzień Świętego Patryka! Guinness raz, proszę! Mniam ...

sobota, 16 marca 2013

Taśmowa radość

Kierownik Zaopatrzenia Fabryki Małych Przyjemności, którą to funkcję piastuje moja Ulubiona Mama, udała się wczoraj do Empiku celem nabycia taśm papierowych w kolorach czarnym i białym. Pięknych taśm. Zwiewnych i cudownie nostalgicznych. Podejrzałam je u Wolffianki. Niestety, nasz miejscowy Empik nie posiada takowych, och. Wielkie rozczarowanie. Takie na miarę braku lodów w zamrażalniku w bardzo upalne lato w środku bezsennej nocy.
Kierownik Zaopatrzenia nie powróciła jednak z pustymi rękoma. (Chyba trzeba pomyśleć nad jakąś premią!) Znać wiedziała, iż rozpacz będzie wielka. Przyniosła więc kilka sztuk kolorowiastych, soczystych, radosnych taśm foliowych. A więc taśm z zupełnie innej beczki niż te na które czekałam, ale jakże równie miłych. Przydadzą się, że ho ho!   



I już dziś napatoczyła się okazja użycia kawalątka radosnej taśmy serduszkowej. Trzeba było błyskawicznie zapakować bon upominkowy na prezent. Taśma jest tym fajniejsza, że nie posiada kolorowego tła, jest transparentna. Na kartce widać więc tylko same serducha.   




Wiem, wiem ... To wydaje się takie śmieszne zachwycać się kilkoma szpulkami taśmy. Ale tylko "wydaje się". Małe przyjemności są piękne i dają ogromnie dużo słońca :-)
Czego i Wam ...

Pozdrawiam ciepło
Edyta z Kubkiem Kawy

Oprócz błękitnego nieba

nic mi więcej nie potrzeba ... 


Chmury są magiczne. Nostalgiczne, melancholijne. Lubię siedzieć przy oknie i przyglądać się jak płyną spokojne i zamyślone. Gdy byłam nastolatką miałam z nimi umowę. Wypowiadałam życzenie, gdy chmura pojawiała się w zasięgu mojego wzroku. Miało się ono spełnić jeśli doliczę do stu, a ona przed tym czasem nie zniknie za drzewem, budynkiem, nie zniknie z moich oczu. Czy się spełniało?
Jeszcze mocniej zaprzyjaźniłam się z chmurami podczas miesięcy szczególnie intensywnej i usilnie bezmyślnej ich obserwacji. Tuż obok mnie było wolne kap, kap, kap dzień i noc, niektórym świat się kończył, a one majestatycznie, powoli, absolutnie obojętne przesuwały się wewnątrz ramki ruchomego obrazka. Czasami ponaglane silnymi podmuchami wiatru, cudownie wolne, gnały szaleńczo po szarobrunatnym niebie. Kilka razy policzyłam do stu.
Dalej lubię siedzieć przy oknie, na oparciu kanapy, przyglądać się niebu, pić kawę. Słuchać mojego ulubionego Ingolfa Wundera, Chopin wspaniale komponuje się z pełnym chmur niebem. Czasami też liczę do stu. 

Z chmurami kojarzy mi się zawsze jedna strofa z Błoka. Choć, tak naprawdę, raczej nie chmur i nieba się tyczy. Niemniej często przychodzi mi na myśl, gdy przy tym oknie, z tą kawą, tym Wunderem ...

"Tego, co z nieba, nie ogarnie rozum,
A przed rozumem skryte, co z lazuru,
I tylko z rzadka aniołowie niosą
Wybrańcom światów sen zesłany z góry"
                                                        
                                                           Aleksander Błok "Tego, co z nieba, nie ogarnie rozum ..."  

 

czwartek, 14 marca 2013

Moja ulubiona chwila mojej ulubionej jesieni ...

"Światło przy końcu lata. Pierwszy jesienny promień o czwartej po południu cudownie łagodnie prześwietla kasztany w starym (...) ogrodzie publicznym. Świat nagle wydaje się bogaty i okryty błogosławieństwem." (z "Dziennika" Sandora Maraia)  Promienie rudawego słońca dotykają policzków. Pod zamkniętymi powiekami zmieniają się myśli, kolory. Dusza zawieszona pomiędzy wcześniej, teraz i potem. I jeszcze pachnąca gruszka w kieszeni. Wszystko jest możliwe ...     
Jeszcze tak daleko do jesieni...
Zapisz? Nie zapisz? Ale w sumie ... kto mnie tu zna :-) 
Dobranoc 
Edyta z Kubkiem Kawy        
                                                                 

O smętku




                                                                                      z "Nad Niemnem" wiadomo czyjego autorstwa

Szpinaczek i wielka miłość Tygrysy Tygrysowicz

Nie znoszę szpinaku. Takiego smażonego na maśle albo z jajkiem. Brrr ... I zupy szpinakowej. Smakuje jak szczawiowa. Brrr ... Ale dziś jemy szpinak z makaronem i serem pleśniowym. Prosto, szybko i niebiańsko pysznościowo. Pewnie wiele osób zna ten boski przepis, najpewniej w wersji ze śmietanką, nie z serem. Tak go sobie ... dopieściłam tym serem pleśniowym.




Nie mam pojęcia jak fotografować jedzenie, więc mam nadzieję, że to zdjęcie nie jest zniechęcające ...

Potrzebujemy  - dla czterech osób:
- paczkę mrożonego szpinaku lub cztery - pięc bardzo dużych garści świeżego
- 100 g sera typu polski lazur lub danish blue  
- 1 duża cebula
- 3-5 ząbków czosnku (wedle chęci)
- odrobinkę mleka
- makaron wedla pragnień

Gdy woda na makaron się gotuje, a następnie gdy gotuje się makaron jako taki, robimy co następuje. Możemy wypić kilka łyków kawy i zacząć siekać cebulę, ale przyjemniej zrobić tak jak robią to w każdym amerykańskim filmie w czasie gotowania. Czyli pić czerwone wino z wieeeelkiej lampki. Wytrawne, pyszota ... Siekamy w kostkę cebulę. Smażymy na odrobinie oleju na szklisto. Dodajemy przeciśnięty lub starty czosnek. Po kilku krótkich chwilach, aby czosnek nam się nie przypalil bo będzie gorzki!, wrzucamy szpinak mrożony lub świeży i podlewamy odrobiną mleka. Tak by nam się cebula nie przypaliła na początku duszenia szpinaku. Szpinak świeży dusimy pod przykryciem, mrożony traktujemy bez przykrycia, tak by odparował z nadmiaru wody. Gdy widzimy, że jest już tuż tuż dodajemy pokruszony ser i dusimy jeszcze na średnim ogniu, mieszając, tak by ser się w całości rozpuścił. Jeśli sos jest zbyt zwarty, gęsty dodajemy odrobinę mleka. Wyłączamy i pieprzymy. Ja już nie solę, ser jest wystarczająco słony. I akurat mamy jeszcze chwilę na łyk wina. A możemy też w tym czasie pokroić małe pomidorki w ćwiartki by podać ze szpinaczkiem. Makaron w tym momencie staje się idaelnia al dente, odcedzamy go i mieszamy ze szpinakiem. I już!

U nas zawsze zostaje pół powyższej porcji samego szpinaku. Dodaję wtedy do niej rozdziabany widelcem ser biały (Jak mówi Mama "biały twaróg", a nie mogę Jej tego oduczyć. A poza tym ma to swój urok) i faszeruję tym wieeelkie makaronowe muszle, wieeelkie makaronowe rury. Następnie zapiekam w naczyniu żaroodpornym. Także pyszota. Gdyby nie fakt, iż szpinak zawiera szczawiany, których nadmiar coś tam powoduje w czymś tam w organizmie ludzkim, jadłybyśmy szpinak w tej postaci często, często. A nawet częściej.

Makaron w ogóle jest naszą słabością. Zwłaszcza Mamy wielką słabością. Ile by nie ugotować zawsze zje do wieczora. Nawet natychmiast po obiedzie robi sobie deser z makaronu z "białym twarogiem" lub dżemem, lub jogurtem ... Może to jakaś jednostka chorobowa ? Muszę to przemyśleć. A wśród makaronów mamy wielką słabość do razowych makaronów. Ciężko nam wyjść ze sklepu bez makaronu w koszyku. Jeśli kiedyś, co nie daj boże, nadejdzie klęska głodu, my z pewnością przeżyjemy jakieś trzy tygodnie właśnie dzięki makaronowi. Nasza pseudo - spiżarnia zawiera zawsze ich żelazny zapas.

W czasie gdy gotowałam szpinak i makaron Tygryska także zajmowała się żywnością. Spędzała upojne chwile ze swoją Wielką Miłością - Marchewką ...









Przepraszam za, momentami, brak ostrości. Kto próbował zrobić zdjęcie bawiącemu się kotu wie jakaż to kosmiczna trudność. Szybszy od aparatu i migawki!

Miłość Tygrysy do marchewki, ale i selera, jest ogromna. Przytula się, liże, ociera pyszczek. Po przyniesieniu warzyw z działki, sklepu, trzeba natychmiast oddać je kotu. Inaczej biedna, wygłodzona kocina zapłacze się z głodu na śmierć. A pruje się dość przejmująco. Jeśli gotuje się marchewkę, na przykład na sałatkę, Tygrysa siedzi blisko garnka i miauczy przeraźliwie. Natychmiast po wyłączeniu ognia trzeba obrać skórkę z marchwi i szybko podać kocurro, w której ta potem długo się szudra, podgryza, przysypia. Nigdy nie próbowałam, ale nie wiem co by zwyciężyło - marchew i seler czy ... papierek po kostce bulionu warzywnego. Jego wylizywanie i ocieranie mordki o niego jest kolejną wielką słąbością Tygrysy.

No to czas na herbatkę przed snem. Dziś melisa z gruszką. Dla zdrowotności i błogiego snu. 
Dobranoc
Edyta z Kubkiem Kawy

Dzień 3,1415926535.....

Kalendarz w kuchni ogłasza dziś po pierwsze Urodziny Kuzynki Mirelki!! Takie piękne, przyjemne, okrągłe urodziny! Powiem Wam w tajemnicy, że wysłałyśmy z Mamą taki mały słodki przyjemnościowiec dla Szanownej Jubilatki! Ale o tym szaaaa ....

Kalendarz w kuchni informuje także, że dziś Dzień Liczby PI!! Czyli 3,1415926535.... i tak bez końca. Jakby to ująć ... Liczba PI kojarzy mi się natychmiast z ...




... czyli z "PI razy drzwi"!

Matematycznie także oczywiście mi się kojarzy. Z męką zrozumienia ... po jakie licho ... Doceniam, rzecz jasna, znaczenie liczby PI dla świata! Oczywiście, oczywiście. Jednak nie pojmuję ni w ząb. Jeśli mnie pamięć nie myli przydaje się w obliczaniu czegoś tam w kole, kuli ... Mój ukochany Kopaliński informuje, że PI zwie się także "ludolfina". Pięknie! Wyborne imie dla kota.   

Dostałam kilka dni temu mail od mojej Ulubionej Gieny zza Oceanu, w którym, m.in., napisała:
"A zgadnij gdzie sie wybieramy w weekend?  Do Princeton!  PI day!  PI jak Einstein i PI jak "pie" (apple pie).  Troche wczesniej w tym roku sie zaczyna, bo zazwyczaj to od 14-go marca: 3.14!
http://www.pidayprinceton.com/
Zeby tylko pogoda dopisala!"
Brzmi przednio! I czekam na jakąś relację, czekam, czekam ... Szrzerze mówiąc, dopiero po tym Gienowym mailu dotarło do mnie, że Dzień PI jest specjalnie 14 marca! Miesiąc 3, 14 dzień. Ta ma błyskotliwość jest silnym dowodem na to, iż gdy widzę cyfry i liczby zupełnie głupieję. I dowodem tego, że gdyby nie życzliwość i przymknięcie oka na moje matematyczne nie-zdolności przez profesora Kowalewskiego, to do dziś nie skończyłabym liceum. A także gdyby nie pomoc kilku moich Szanownych Licealnych Koleżanek. Tłumaczyły mi łopatologicznie pewne, moim zdaniem, nadprzyrodzone zjawiska matematyczne. Rozwiązywałam z nimi zadania. I   r o z u m i a ł a m   to przez jakieś dwa, trzy dni. A potem mi mijało. 

W Dzień Liczby PI apeluję: podziwiajmy tych, którzy rozumieją matematykę! Niech żyje Liczba PI! Niech żyje to czego kompletnie nie pojmuję! 

Padam do nóżek
Edyta z Kubkiem Kawy

O! A ja jeszcze dziś kawy nie piłam!  
 

środa, 13 marca 2013

Prezent od Margharett-Nie-Gosi ...

... który daje kilkanaście powodów do uśmiechu.

A zaczęło się to wszystko tak, że jakiś czas temu nieco chorowałam. A potem urodziłam się - dzięki mojemu Bratu - po raz drugi. I na drugie czwarte urodziny dostałam od Margharett-Nie-Gosi książeczkę idealną dla czterolatka. Idealną także na smutki, smuteczki i deszczowe dni dla człowieka wiekowego i poważnego, jakim jestem. "Stare i nowe wyliczanki" N.Usenko i D.Wawiłow. Otwieram na której bądź stronie, czytam sobie wyliczankę i robi się tak jakby ciut przyjemniej.

Tą na pewno i Wy pamiętacie ...




A to dla mnie nowość, i jaka słodka!




Tak przy okazji ... Wyglądam na rowerze podobnie. Choć nie mam wymion, ogona i kilku innych dodatków. Nie latają też za mną muchy. Obrazek ten, i ten wierszyk, przypomina mi też historię słynnej pogoni Bardzo Groźnej Krowy za Margharett-Nie-Gosią i mną podczas jednej z naszych letnich wypraw rowerowych po okolicy. Bardzo Groźna Krowa wypadła nagle z pola na drogę, ciągnąc za sobą palik na łańcuchu. Pędziła za nami rozwijając ogromną prędkość. Powiadam Wam, miała ona szał w oczach!! Margharett-Nie-Gosia radośnie twierdzi, że nigdy nie widziała mnie tak szybko jadącej na rowerze. A Ty uważasz, Margharett, że relaksacyjnie wówczas pedałowaś?

I tej wyliczanki też nie znałam. Jest przepyszna! Choć zawsze czytam ją z lękiem. Jak to kilkulatek. Ogromnie mocno boję się opowieści z dreszczykiem.



Prawdaż, że okrutnie straszne! I słodkie.

Fajnie dostawać takie prezenty. Nie napiszę, że warto dla nich chorować ... Nigdy, nigdy. Napiszę: choroba też ma swoje dobre strony, wbrew wszystkiemu. A właściwie - na przekór chorobie. Niech sobie nie myśli!

Padam do nóżek i idę jeść szpinaczek na obiad
Edyta z Kubkiem Kawy