"... kierujemy się na ogół tą maksymką, moc radości wzmacniać smutku odrobinką..." Jeremi Przybora
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trzecia półka od góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trzecia półka od góry. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2015

Marzec z Orianą Fallaci

Marcowe spotkania z Orianą Fallaci - legendarną włoską reporterką, korespondentką wojenną, publicystką i pisarką, zaczęłam od czytania "Wywiadów z historią" (które udało mi się nabyć za grosze wręcz), a potem upolowałam jej jedyny dostępny w naszej bibliotece tytuł. A jeszcze później pożyczyłam "Kapelusz cały w czereśniach" od koleżanki. Teraz pozostaje mi już tylko czekać na łaskawość biblioteki przy nowych zakupach lub duże zniżki w księgarniach... 

"Wywiad z historią" jest przepastnym zbiorem rozmów z wielkimi postaciami historii światowej. Wywiady prowadzone były w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku dla tygodnika "L'Europeo".
Są to twarde, często bezkompromisowe, rzeczowe rozmowy Fallaci z, na przykład, Henry Kissingerem, Goldą Meir, Indirą Gandhi, Jasirem Arafatem czy Willym Brandtem. Dziennikarka stara się przekraczać granice prywatności, granice tajemnic polityki i na tyle, na ile zostaje do nich dopuszczona, lub też na ile uda się jej niepostrzeżenie wedrzeć w ten świat, odkrywa mechanizmy działania polityki, jej kuchnię i jej wielkich aktorów. Wspaniała lektura, z pełnokrwistymi, mocnymi osobowościami (w tym także samej Fallaci), choć nie zawsze pozytywnymi, co od lat siedemdziesiątych zostało już poddane ocenie.
"Książka ukazała odwagę Fallaci, bezkompromisowe dążenie do prawdy, krytykę cynizmu polityków" (z okładki).





"Inszallah" zadedykowała autorka 400 żołnierzom amerykańskim i francuskim zamordowanym w Bejrucie w zamachu zorganizowanym przez sektę Dzieci Boga, ale także wszystkim dzieciom, kobietom, mężczyznom zabitym we wszystkich zamachach i we wszystkich wojnach. Jest to powieść bezkompromisowo pacyfistyczna, piętnująca wojnę, wskazująca bezsens krwawych rzezi jaką stanowi każdy kolejny akt przemocy.

Akcja powieści rozpoczyna się od samobójczych zamachów, jakich szyicka sekta Dzieci Boga, dokonuje na jednostki włoskiego i amerykańskiego kontyngentu pokojowego w Bejrucie. Zakończeniem powieści jest dzień ewakuacji owych jednostek, który nie dla każdego jest dniem szczęśliwym i dniem spokoju, nie każdemu jest dane wypłynąć z Bejrutu. Pomiędzy tymi wydarzeniami w skrajnym strachu lub też przeraźliwym szaleństwie miotają się bohaterowie powieści, żołnierze obu oddziałów, ale i stykający się z nimi cywile, czy bronione przez nich siostry zakonne, doświadczając najbardziej skrajnych sytuacji wojennych. Siła przemocy, bezsilność wobec bezwzględności tej siły chwilami porażają. Tak jak i poraża wszechobecny bezład, bałagan, niezorganizowanie, zagubienie wewnątrz wojska. Nie wiem czy właściwie i słusznie, ale często nasuwa się skojarzenie z "Paragrafem 22". 

Wspaniała, choć niełatwa, obciążająca powieść. Za cenę niespokojnych snów warta przeczytania. 


Inszallah (EPUB) - Oriana Fallaci

(źródło: Merlin.pl)


W 1773 roku Carlo Fallaci, syn najemnego rolnika z Panzano w Toskanii, wyrusza do Wirginii by w posiadłości Thomasa Jeffersona uprawiać winorośle. Los jednak ma wobec niego inne plany i tak pokieruje jego życiem, i życiem jego potomków, by w przyszłości Oriana Fallaci miała szansę opisać dzieje jego rodu. 

"Kapelusz cały w czereśniach" jest sagą rodu Fallacich. Napisane potoczystym, elastycznym językiem zacnie opasłe tomiszcze wciąga natychmiast w brawurową akcję niczym z powieści spod znaku płaszcza i szpady by przetoczyć się przez rewolucje, rewolty, w tym także przez polskie powstanie wyzwoleńcze z jego romantycznym, młodym, przystojnym uczestnikiem, ale i czasy narodowych włoskich klęsk i triumfów. Kto lubi historię, dowie się naprawdę sporo z dziejów włoskich księstw i czasów obcych rządów na terenie dzisiejszych Włoch. Odwiedzi pola bitewne czasów Napoleona, zawita na tereny pod władaniem islamistów, a nawet zamieszka w amerykańskim burdelu. Kto historii nie lubi, po prostu może pominąć te kilkanaście stron zawierających krótkie wprowadzenie w daną epokę, i zaczytywać się w pasjonujących losach życia, ciężkiej pracy, nieszczęść, niepowodzeń, ale i miłości przodków Oriany Fallaci. Praszczurowie i praszczurzyce, jak nazywa ich autorka, mieli w sobie tyle gorącej krwi, moc animuszu, a przy tym i romantyczną naturę, że starczyłoby dla kilku soczystych, romantycznych i burzliwych powieści.

Prace autorki nad powieścią trwały 10 lat, który to czas poświęciła nie tylko na pisanie, ale i poszukiwała informacji o swoich przodkach w archiwach, bibliotekach, rejestrach,  studiowała źródła z epoki dotyczące obyczajowości, medycyny, kultury, historii stroju i mody, a nawet zielarstwo. Stąd też "Kapelusz..." to odtworzony z pietyzmem przekrojowy obraz życia w dawnych epokach i czasach niemal nam współczesnych.

Zawsze uważałam, że prawdziwe życie, a tym samym i biografie, mają w sobie taką siłę i moc, są tak pasjonujące, że żaden autor nie jest w stanie ich wykreować. I tak jest z "Kapeluszem...". Polecam bardzo, bo z taką pasją, przyjemnością, ciekawością końca książki i żalem, że już ten koniec nadchodzi, rzadko się czyta. Wspaniały kawał literatury. 


Kapelusz cały w czereśniach - Oriana Fallaci

(źródło: Merlin.pl

Zapisane od Fallaci:

"Powieść zawsze mnie pociągała, ponieważ jest pojemnikiem, gdzie możesz umieścić jednocześnie rzeczywistość i fikcję, dialektykę i poezję, idee i uczucia. (...) Mieszanina tego wszystkiego pozwala na ukazanie prawdy prawdziwszej od prawdziwej prawdy. Prawdy wymyślonej na nowo, uogólnionej, z którą każdy się utożsamia i w której każdy się rozpoznaje. Powieść nie abstrahuje nigdy od Człowieka. Jakąkolwiek historię by opowiadała, gdziekolwiek w czasie i przestrzeni toczyłaby się akcja, powieść opowiada zawsze o ludziach. O ludzkich istotach."
                                                                                                    Oriana Fallaci, "Inszallah"


"Czyżby samotność była jedynym towarzystwem, które sprawia, że nie czujemy się samotni?"
                                                                                                   Oriana Fallaci, "Inszallah"


(Wyzwanie czytelnicze Czytam Opasłe Tomiska u Ami)

Pozdrawiam czytelniczo:-)
Edyta z Kubkiem Kawy


Nie lubię poradników

Nie lubię ich jeszcze bardziej, niż nie lubię zupy szczawiowej, owoców granatu i firanek z dużym wzorem.
Mam tu na myśli poradniki typu "Jak być szczęśliwą" czy "Łyżwiarstwo figurowe w weekend". Albo takie o robieniu biznesów życia, wielkich interesów i wielkich pieniędzy. Lub jak dyscyplinować podwładnych i stać się mistrzem manipulacji. 

Nie lubię poradników, ale mam w domu kilka takich, które w pełni akceptuję, jak poradniki dekupażowe (sztuk 1), szydełkowe (sztuk 3) oraz genialnie dowcipną "Instrukcję obsługi kota". 

I mam też historyczny, niepowtarzalny, a i całkiem możliwe, że dziś dość rzadki (choć nie biały kruk, niestety) "Rodzice, dzieci, wychowanie. Poradnik dla rodziców". Wydanie - 1963 rok, czyli te czasy kiedy ani mojego brata, ani tym bardziej mnie, nie było jeszcze na świecie.



Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wczytywała się w jego treść. Pamiętam jednak wieczory i noce z dość wczesnego dzieciństwa, kiedy dla poprawienia sobie humoru, albo i dla przyjemności, przeglądałam ów poradnik wnikliwie oglądając i wyczytując zabawne obrazki - ilustracje. Najczęściej autorstwa samego Lengrena.

A że w lutym, w Wyzwaniu Czytelniczym Klucznik u Ami, w którym dla rozrywki biorę udział, jedną z wytycznych było hasło "poradnik", była więc i okazja by do "Poradnika dla rodziców" po latach zajrzeć. I znowu obejrzeć obrazki. I znowu się nacieszyć. A że jeszcze dziś za oknem u nas śnieg i wiatr, i dodatkowo miałam kubek kakao na mleku sojowym... Sama przyjemność. A nawet wielka mała przyjemność.

Poradnik, jak oczywiście sugeruje sam tytuł, zawiera moc wytycznych, ułożonych alfabetycznie, odnośnie wiecznego zmartwienia rodziców...


... o co martwią się, a i co planują!, niektórzy już przy pierwszej wymianie spojrzeń...


... potem dziecko stawia świat na głowie albo choć każe dorosłym patrzeć z innej perspektywy...


... ale przy tym pobudza w rodzicach przeróżne talenta...


... uczy przewidywać przyszłość...


... a także każe światu ścielić się do stóp onej młodszej młodzieży...


Z sentymentem spojrzałam dziś na uwielbiane przeze mnie drzewiej tytułu. Przecież pamiętam "Misia". i jego tekturową wkładkę do wycinania i majstrowania różnych różności. Oczywiście i "Płomyczek", i "Płomyk". Uwielbiałam "Filipinkę", a zwłaszcza Filipa na ostatniej, czarnej stronie.


Poradnik zmusza rodziców do życiowej, rodzicielskiej kreatywności, ale też wyznacza obowiązki ich pociechom. Napisano tu, że umiejętność pływania jest absolutną koniecznością życiową! Ciekawe co na to powie Magda ze Stolicy Wielkopolski...


I w ogóle zaleca się nauczanie przeróżnych możliwych umiejętności oraz wczesne rozpoznawaniae predyspozycji do wykonywania zawodu...


W trudnej pracy na ugorze wychowania wskazuje na konieczność podziału pracy...


I - uwaga!! - w 1963 roku przewidziano istnienie koszmaru GENDER! Pod hasłem "lalka" czytamy bowiem, m.in., że... 



Doczytałam się tego, bowiem tym razem nie ograniczyłam się jedynie do ilustracji, a także podczytałam sobie troszkę niektóre hasła. Z czystej ciekawości, jak świat się zmienił. I nie zmienił się nazbyt, przynajmniej w dziedzinie wychowania, odnośnie jego zaleceń. Bo dzieci i młodzież... 

Z rzeczy zadziwiajacych znalazłam tylko inną nazwę choroby: różyczka - kur. Całkiem logiczne w sumie, i jakie ładne przy tym.  

Z rzeczy baaardzo zaskakujących i  prze - za - ba - wnych  wyczytałam definicję taką oto (pamiętajmy, że jest rok 1963):

"GUMA DO ŻUCIA - rozpowszechniona w USA, pojawia się czasem w naszych miastach portowych i wtedy stanowi "specjał" poszukiwany przez dzieci i młodzież. Niegroźna ta moda zazwyczaj szybko przemija, nie ma powodu jej zwalczać." 

Czyż nie booooskie?

I na koniec moje dwa najulubieńsze w dzieciństwie obrazki...



Swoją drogą, to chyba niepokojące, że ilustracje manipulacji tak mnie bawiły... :-)

Ciekawe czy moi rodzicie korzystali z poradnika... Muszę jutro przesłuchać Mamę.

Życząc radości z Waszych pociech i z trudu ich wychowywania
pozdrawiam ciepło:-)
Edyta z Kubkiem Kawy




Chłonący zmartwienia

Dla mnie Krzysztof Kieślowski jest tak magiczną postacią, a jego filmy tak głęboko metafizyczno? - filozoficzne?, że czytanie o nim wydaje mi się pewnego rodzaju dotykaniem tabu. Brzmi to niepoważnie, pewnie i mój nabożny stosunek do jego filmów jest niepoważny, ale już tak mam od "Przypadku", który jako pierwszy z filmów Kieślowskiego widziałam. Każdy kolejny, w tym i oczywiście te retrospektywnie obejrzane, zwiększał tylko siłę mego zachwytu. I poczucie, że przez te półtorej godziny przesuwania się klatki za klatką, jestem gdzieś blisko odkrycia tajemnicy Wszystkiego i Sensu Życia. Całkiem poważnie, choć z mocnym podśmiewaniem się z siebie samej, to piszę. 

Mój niegdysiejszy absztyfikant po każdym filmie Kieślowskiego powtarzał, że czuje się jak głupiec, bo przecież gdzieś tam w środku właśnie JEST owa jakaś głęboka, ważka myśl, którą on wyczuwa, ale nie potrafi jej sformułować, a która na pewno pozwoliłaby światu wkroczyć na szeroką i gładką drogę szczęśliwości. Recepta. Albo chociażby tylko, i AŻ, sprawiła życie mniej przykrym.  

Książka Stanisława Zawiślińskiego "Kieślowski. Ważne, żeby iść..." jest opowieścią o życiu reżysera i o życiu człowieka. Autor opisuje mniej i bardziej ważne momenty życia Kieślowskiego, przytacza moc opowieści ludzi z jego otoczenia, okrasza anegdotami. 
Wojenne dzieciństwo, szkoła, koledzy, okres studiów i poszukiwań własnej drogi, miłość od pierwszego wejrzenia i na całe życie. Wszyscy, na których powołuje się autor, zgodnie potwierdzają, że w życiu Kieślowskiego istniały tylko trzy kobiety: matka, żona i córka. 
Z oczywistych względów bardziej rozbudowaną część książki stanowi ten czas, w którym Kieślowski tworzy swoje pierwsze i kolejne obrazy, począwszy od wspaniałych dokumentów przez "Amatora", genialne "Bez końca", kolejne części "Dekalogu" po cykl "Trzech kolorów" i "Podwójne życie Weroniki" i po pracę nad mającym powstać cyklem "Piekło, niebo, czyściec". 


A po cóż ja będę męczyć swoim słowotwórstwem, lepiej gdy dowiecie się od autorytetu, iż to "porywająca, świetnie napisana biografia. Czyta się znakomicie, choć autor mówi o sprawach ważnych. Umiejętnie zderzając starannie wyselekcjonowane fakty, liczne opinie i wypowiedzi innych osób z własnym głosem, stworzył przenikliwy, dający odczucie pełni, niezapomniany porter wielkiego mistrza sztuki filmowej i człowieka ogromnej wrażliwości", profesor Jan Tomkowski. Z czym w pełni się zgadzam. Prześwietna biografia.

Pośród wielu słów o Kieślowskim najbardziej zapamiętał mi się z tej książki taki jego obraz - opis: "Krzysztof (...) zaciągający się papierosem, chłonący zmartwienia i mozół życia".




W 1992 roku w Paryżu Kieślowski i Krzysztof Piesiewicz, w związku ze swoimi innymi rozległymi zobowiązaniami i wynikającymi z tego kłopotami ze sprawną współpracą, spisują "umowę" o dalszej "wspólnej, równej, obciążającej ich w tym samym stopniu pracy nad scenariuszem do ww. filmów [cykl "Piekło, niebo, czyściec"] - aż do momentu, kiedy obaj uznają scenariusze za zakończone". Po czym idą na kolację, po drodze zabierając ze sobą Zbigniewa Preisnera, który na tejże kolacji komponuje muzykę do tekstu umowy. "Przy winie, we trójkę, śpiewali nowy utwór do późnej nocy i śmieli się do rozpuku."

Filmy Kieślowskiego to także filmy Piesiewicza, Preisnera, a i także Sławomira Idziaka. Bez nich nie byłyby takimi samymi, a już na pewno nie tymi samymi, filmami. 




"(...) była premiera ["Czerwonego"] w Krakowie. Przyszli na nią mieszkający pod Wawelem polscy laureaci literackiej Nagrody Nobla - Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Po projekcji Miłosz podszedł do reżysera i powiedział żartobliwie: jak słyszę, to nam zostały już tylko pieski...
A Szymborska?
- Któregoś dnia, po skończeniu filmu "Czerwony", kupiłem tomik poezji Szymborskiej i przeglądając go znalazłem wiersz "Miłość od pierwszego wejrzenia" - opowiadał Kieślowski. - Przeczytałem go i okazało się, że traktuje dokładnie o tym, o czym przed chwilą zrobiłem film. A więc dwie osoby w połowie 1993 roku - pani Wisława w Krakowie, ja zaś w Paryżu - pomyślały o tym samym i w taki sam sposób. Do sformułowania tego ja potrzebowałem kilku milionów dolarów, pani Szymborska - kilkunastu linijek:

(...) Oboje są przekonani
Że połączyło ich uczucie nagłe.
Piękna jest taka pewność, 
ale niepewność piękniejsza.
Sądzą, że skoro nie znali się wcześniej,
nic między nimi nigdy się nie działo.
A co na to ulice, schody, korytarz, 
na których mogli się od dawna mijać?
Chciałabym ich zapytać, czy nie pamiętają
- może w drzwiach obrotowych kiedyś twarzą w twarz?
jakieś "przepraszam" w ścisku?
głos "pomyłka" w słuchawce?
- ale znam ich odpowiedź.
Nie, nie pamiętają..."





Pod koniec lutego 1996 roku, na dwa tygodnie przed śmiercią, Kieślowski bierze udział w przeglądzie swoich filmów dokumentalnych w Poznaniu i w publicznej dyskusji o jego pracach. W bardzo zatłoczonej sali odpowiada na wiele pytań i wyznaje, iż "nigdy nie udało mi się zrobić filmu tak, jak naprawdę chciałem."



"Wyznaję bardzo niemodną dziś wiarę, wiarę w człowieka." 
Krzysztof Kieślowski

bo u nas dziś na całej połaci śnieg... póki nie stopnieje za kilka minut:-)

Edyta z Kubkiem Kawy


p.s. a jeśli już Preisner... 


Nie widziałam filmu, ale sama muzyka z naddatkiem wystarcza. 


I jeszcze z płyty "Silence, night and dreams"


sobota, 28 marca 2015

Nieustraszony poszukiwacz uczucia

Nie umiem zdecydować o czym jest ta cieniutka, bo jedynie stuczterdziestostronicowa książeczka. Objętość w sam raz na popołudniowy kubek kawy lub na bezsenne dwie godziny w noc z piątku na sobotę. Ale książka o czym?

Może to książka o tym, jak bohater szuka miłości, a znajduje siebie? A potem miłość.

A może to książka o tym, jak bohater poszukuje siebie, a znajduje miłość? I chwilę potem spotyka siebie.

Któreś z tych stwierdzeń być może jest słuszne i właściwe, jednakowoż nie jestem w stanie stwierdzić które. I być może rozmyślanie o tym, co było pierwsze, ustalanie kolejności, może wydawać się bez znaczenia... ale jeśli KOLEJNOŚĆ, tak generalnie, ma znaczenie dla odnajdywania i siebie, i miłości to chyba warto kiedyś ustalić, co jest konsekwencją czego?  Jeśli jest. 


Trzydziestoletni Francesco, zwany przez wszystkich Checco, idzie do lekarza - przyjaciela, zdiagnozowawszy uprzednio u siebie, metodą samoanalizy, każdą z możliwych strasznie groźnych, śmiertelnych chorób. Na dodatek z przeczuciem natychmiastowego zgonu. Werdykt medyczny brzmi jednak: strach przed życiem. "Jesteś chory na tę przeklętą, tak popularną chorobę BRAKU ŻYCIA". I otrzymuje receptę: "Pigułką jest życie. Żyj, idź na całość, otwórz się, posłuchaj siebie samego. Twoje lęki, twoje niepokoje biorą się stąd, że egzystujesz, a nie żyjesz". I choć brzmi to naprawdę banalnie, mało odkrywczo, co także stwierdza i sam chory, i jego lekarz, Checco rozpoczyna życie, podejmuje jego próby, a czytelnik rozpoczyna zabawną, ożywczą, ale i mądrą podróż.

Problem Checco z poszukiwaniem życia w życiu polega głównie na tym, jak odkrywa pewnego dnia, że choć potrafi wymienić tysiące sposobów na umieranie, nie umie sobie jednak przypomnieć żadnego na życie. Tu następuje ciąg wspomnień i przemyśleń: o domu i rodzicach - opisów randek - wspomnień o dziewczynach - poszukiwań miłości - rozważań mniej lub bardziej poważnych - spora garść imprez - spotkania i pożegnania z przyjaciółmi - zestaw marzeń o idealnej miłości. Aż pewnego dnia "na całe szczęście zrozumiałem, że moje życie ma taką wartość, jaką sam mu nadam swoimi wyborami i odwagą swoich decyzji". I ową myśl także można uznać za nic wielce odkrywczego, gdyby nie to, że jest ona Mount Everestem dla Checco i że ma on, jak każdy, prawo do własnych poszukiwań i własnych wielkich odkryć. 

Checco całe życie wierzył, iż "w życiu istnieje tylko jedna wielka miłość. Że istnieje książę z bajki dla kobiet i księżniczka dla mężczyzn. Bratnia dusza". I od najmłodszych lat, każdego wieczoru wyobrażał sobie, jak spotyka swoją Śpiącą Królewnę... a potem następują po sobie trzy etapy checcowej idealnej miłości "spojrzenie, westchnienie, pewność". Dla tej miłości zarezerwował sobie specjalny zestaw wyjątkowych słów, których nigdy żadnej kobiecie dotąd nie powiedział. I gestów, których nigdy wobec żadnej kobiety nie wykonał. Na ich wypowiedzenie i wykonanie czekał całe życie. I... gdzieś tak na dziesięć stron przed końcem swej opowieści Checco wchodzi do kwiaciarni...

Nie wiem, czy istnieje jeszcze na świecie książką napisana przez mężczyznę tak, jak swoją napisał Fabio Volo? Bo też chyba nigdy dotąd nie czytałam tak napisanej, tak delikatnej, czułej, może nawet czułostkowej?, kobiecej, czy co by tam jeszcze wymienić, powieści autorstwa mężczyzny. Nie są to jednak bynajmniej słowa zarzutu pod adresem autora, a jedynie wyraz mojego zaskoczenia. Na szczęście, dla zachowania mojej czytelniczej równowagi psychicznej:-), Volo szczodrze obdarza nas opisami całonocnych rejsów po barach, kłótni ze swoimi dziewczynami czy też rzucaniem skarpetek pod łóżko. 

I choć dalej nie wiem, czy bohater poszukując miłości znalazł siebie i sposób "jak żyć", czy próbując odnaleźć siebie i swoje życie, spotkał miłość, to ostatnie zdania "życie na nas czekało. Oddaliśmy cumy, a statek odbił od brzegu" dały mi wiele radości. 
I nadziei. Na różne rzeczy. 

Z książki Volo wypisać sobie można sporo zdań, w tym nieco prawd oczywistych, choć przecież tych tak naprawdę nigdy za wiele. A i wielce zgrabnie potrafi je ująć w ramy pomiędzy wielką literą a kropką. 
Ja przekażę Wam dwa małe skrawki z "Czekam na ciebie całe życie" i to zupełnie, ale to całkiem niefilozoficzne.

"Kobiety są tak piękne, że można nimi oddychać". 
Ładnie powiedziane. A gdyby tu jeszcze zamienić początek zdania na płeć przeciwną, to podpisuję się w całej rozciągłości:-)

"Poszedłem na badanie na czczo. Nawet nie mogłem napić się kawy. Przechodząc obok ciastkarni prawie zacząłem lizać witrynę. Zlokalizowałem tacę z drożdżówkami i powiedziałem jej, że wrócę zaraz po oddaniu próbek". 
Bywa że też rozmawiam z pączkami... 

Wyzwanie czytelnicze Klucznik u Ami, gdzie jeden z kluczników lutowych to: coś czerwonego. I niech mi ktoś powie, że nie ma tam czerwonej długiej linii:-), bo mocno widoczne tło pod nazwiskiem autora jest zdecydowanie pomarańczowe, czego może na zdjęciu nie widać. 


Pozdrawiam ciepło i weekendowo:-) 

Edyta z Kubkiem Kawy, która zaraz zaszyje się pod kocem i będzie czytać książkę Jeanette Winterson, pod zagadkowym, i to on mnie przyciągnął do książki, tytułem "Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?" 

Aaaa! A na pytanie: czy polecam przeczytanie "Czekam na ciebie całe życie"?, odpowiem: no ba!!! Pysznie zabawna i nienachalnie wymądrzająca się lektura. 



czwartek, 26 lutego 2015

Skandynawski nie thriller


O tej książce, a raczej o sześciotomowym cyklu autobiograficznym, napisano multum entuzjastycznych słów. Wedle wielu artykułów i przeróżnych źródeł, po wydaniu "Mojej walki" w Norwegii, Europie, potem w Ameryce, świat oszalał z zachwytu. 
Mnie do sięgnięcia po pierwszy, i jak na razie jako jedyny u nas wydany, tom przekonała rozmowa z autorem w jednym z numerów „Dużego Formatu” „Gazety Wyborczej”. Przy najbliższej z możliwych wizyt w księgarni sięgnęłam po nią i na skrzydełku obwoluty przeczytałam „Intensywna i pełna życia… nadzwyczajna (The New Yorker)”, a potem pierwszych kilka zdań: „Dla serca życie jest proste: serce bije, dopóki może. Potem się zatrzymuje. Prędzej czy później, tego czy innego dnia, ów tętniący ruch ustaje i krew zaczyna spływać w najniżej położony punkt ciała”. Knausgard zaczyna swoje wspomnienia od opisu śmierci, opisu szeregu procesów chemiczno – fizycznych, jakie wówczas zachodzą. 




Gdybym miała po krótce scharakteryzować tę powieść, powiedziałabym, że ma w sobie klimat, tak popularnych obecnie, skandynawskich kryminałów, thrillerów, tyle że bez morderstw i śledztw. Jest jednak mocno mrocznie, pochmurnie, bywa maksymalnie depresyjnie. Knausgard mierzy się ze swoim dzieciństwem u boku dość zasadniczego, oschłego ojca. Opisuje szkolne doświadczenia, przygodę z muzyką i zespołem rockowym, pierwsze miłości oraz wielką chęć bycia innym od innych, a przede wszystkim wewnętrzny przymus odrzucenia wzorca życia swoich rodziców. Rozliczając się z przeszłością, rozlicza się jednocześnie z czasem współczesnym. Siła owego rozliczania się, w którymś z nie wydanych jeszcze u nas tomów, sprawiła, że z powrotem narósł konflikt z byłą żoną. Przyznam, że szczerość, na każdy temat, także własny, Knausgarda może zaskoczyć. 

Jak wiadomo, nie umiem pisać recenzji, i mam tego świadomość, i też nigdy nie przyświeca mi taka idea. Obawiam się jednak też, że nie potrafię Wam przekazać mojego entuzjazmu dla tej książki, mojej radości (choć nie z tych uhahanych po pachy) z jej czytania, przyjemności ze spotkania z inteligentnym, błyskotliwym i myślącym człowiekiem, choć o niezbyt łatwym charakterze. Myślę, że lepiej sam Knausgard Was zachęci: „‘Moja walka’ jest powieścią autobiograficzną, wszystko, o czym piszę, wydarzyło się naprawdę. Pisanie zakłada odcięcie się. Człowiek musi być sam. To brak empatii mi na to pozwolił. Starałem się być bezpośredni, surowy, brutalny, nieopakowany w eleganckie metafory, jak najmniej literacki. Przez pięć lat próbowałem napisać powieść o życiu i śmierci mojego ojca, świetnie funkcjonującego nauczyciela, który w wieku czterdziestu lat nagle się rozwiódł, zmienił styl życia i zaczął pić”. 

Książka wydała mi się mocno… kieślowska w stylu. Wiem, wiem że nie ma takiego przymiotnika, ale czytając „Moją walkę”, jej bardzo drobiazgowe opisy czynności, wydarzeń, pomieszczeń, opisy spraw dnia,  w i d z i a ł a m  je tak, jak Kieślowski w „Niebieskim” pokazał zanurzenie kostki cukru w filiżance kawy, długie przechodzenie popołudniowego słońca i cienia na stoliku w kawiarni. Zawieszenie akcji, focus na czymś nieistotnym na możliwie najdłuższą minutę, którą najbardziej zapamiętuje się z filmu, a tutaj, z książki. Knausgard szczegółowo, powiedziałabym, że nawet z pietyzmem opisuje na przykład porządkowanie mieszkania babci, swoją drogę z domu do mieszkania, które wynajął by pisać powieść, poranne picie kawy na ławce przed domem w środku mroźnej zimy, mycie filiżanki.

„Moja walka” to mocna, twarda, niezwykle odważna, bardzo inteligenta i bardzo emocjonalna książka. Od później jesieni, kiedy przeczytałam pierwszy tom, czekam na kolejne. Oczywiście z miejsca, gdzieś tak koło 80 strony zakochałam się nie tylko w pisarstwie, stylu Knausgarda, ale i w nim samym. Bo ja mam słabość do inteligencji w mężczyznach… ech… Choć też nie wiem, czy Knausgarda lubię… 

Czy coś sobie wypisałam z książki?

„Uczucia są jak woda, zawsze dopasowują się do otoczenia. Nawet największa żałoba nie pozostawia śladów; kiedy przytłacza i trwa długo, to nie dlatego że uczucia krzepną, bo to jest niemożliwe, one po prostu nieruchomieją”.

„Zawsze miałem dużą potrzebę samotności, niezbędne mi są jej duże przestrzenie, a kiedy ich nie mam, (…) frustracja niekiedy zmienia się niemal w panikę lub agresję”
ale te zdania już kiedyś tu wypisałam, w czasie czytania „Mojej walki”. 

Ze szczęścia „czułem się większy niż świat, jakbym miał wszystko w sobie, jakby nie było już po co sięgać. Mała była ludzkość, mała była historia, mała była kula ziemska, a nawet wszechświat był mały, chociaż podobno nieskończony. Ja byłem większy od wszystkiego. To fantastyczne uczucie, ale nie pozwalało zaznać spokoju, bo niosło ze sobą pragnienie, ważniejsze było to, co miało nadejść, co miałem zrobić, a nie to, co zrobiłem. Jak zgasić to wszystko w sobie?”.

Sięgnęłam po książkę, bo zainteresował mnie wywiad z autorem, i bardzo się z mojego zainteresowania cieszę, a zachęcam do czytania w ramach wyzwania czytelniczego Czytam Opasłe Tomiska u Ami

Czytelniczo i bardzo ciepło pozdrawiam:-)

Edyta z Kubkiem Kawy






środa, 25 lutego 2015

Do herbaty z malinami...

najlepiej pasują książki, które zaczynają się słowy takiemi, jak "drzewiej" oraz "dawno dawno temu"...

Drzewiej... w świecie riuszek i plastronów... mantylek i szmizetek... etażerek i profitków... gdzie czasem i sawantkę, i szasera ujrzeć można... Co prawda jest to świat, w którym kobieta w moich latach byłaby zacną, szacowną matroną... ale dajmy mu szansę, bo ma czar, ma urok... A więc... Zawiążmy na wielką kokardę matinkę, przykryjmy ramiona jedwabnym fularkiem zdobionym nielicznymi galonkami, wyciągnijmy rękę po delikatną i niemal przezroczystą filiżankę w błękitne róże, upijmy łyk naparu z suszonych malin i otwórzmy na części pierwszej...


... i czytajmy:
"Polwica, w kwietniu 1892 roku
Ależ się zestarzała ta moja najstarsza siostra Józia! Nie widziałam jej blisko dwa lata i gdy wreszcie przyjechała nas odwiedzić na nowym gospodarstwie, przyznam się sama przed sobą, ze ledwie ją poznałam. Wiedziałam, że tylko ona może wysiąść z powozu wysłanego po nią na stację kolejową, ale kiedy wygramoliła się z wnętrza gruba jejmość odziana w jakaś przedpotopową mantylę, w czymś ciemnym i dziwnie nietwarzowym na głowie, z wielkim parasolem i czarną torbą w ręku, ledwie nie parsknęłam śmiechem (...). Boże, ile ona ma lat? Zaczęłam bezwiednie obliczać (...), dokonałam szybkiego rachunku i nie wyszło mi ani rusz więcej niż czterdzieści jeden lat. Jasne, że to już starszy wiek, ale ta siwizna (...). Ach, czy i Józia znalazła we mnie również takie same zmiany? Jestem od Józi o siedem lat młodsza, ale i moja młodość dawno minęła. Musiałam się siłą powstrzymać, żeby zaraz nie pobiec do lustra i upewnić się, jak naprawdę wyglądam. Ale nie było na to czasu. Obie z Józią zwróciłyśmy się do siebie, rzuciłyśmy się sobie w objęcia, zawołałyśmy równocześnie:
- Kochana, wspaniale wyglądasz, nic się nie zmieniłaś!"
A nie mówiłam, że dawno, dawno temu byłabym już starą starowinką!

"Marianna i Roże" opisuje życie Marianny z Malinowskich i Michała Jasieckich w latach 1890 - 1914, sięgając także krótkim posłowiem w 1926 rok. Jest to napisana w formie dziennika, na podstawie zapisków Marianny i licznych dokumentów z epoki, przejrzanej prasy, opowieść o należącym do Jesieckich majątku Ostrowieczko. Opowieść o codzienności i dniach uroczystych Ostrowieczka, o mieszkańcach okolicznych majątków i wsi, o dorastaniu i dojrzałym życiu dzieci Jasieckich. Jest to jednocześnie ciekawy i barwny, nakreślony z dbałością o realia historyczne, obraz ówczesnej Wielkopolski. 
Są więc tu i kłopoty z babami wielkanocnymi, które nie chcą urosnąć przed włożeniem do pieca. Jest zamieszanie przedweselne ze ślubami córek. Są zabawy wiejsko - dworskie po udanych sianokosach. I wyprawy do wód latem oraz wyprawki szkolne dla kolejnych dzieci posyłanych do szkół do miasta. 
Codzienność zanurzona jest mocno, z oczywistej przecież konieczności, w rzeczywistości politycznej, pośród zrywów patriotycznych i wielkich haseł wolnościowych, ojczyźnianych. Nie są one jednak tym, czego boimy się w takich lekturach. Nie ciążą, nie przyginają bohaterów, a stronom powieści nie każą spływać krwią, ale i one składają się na urok książki. Najwspanialsze bowiem jest, że jest to... taki patriotyzm codzienny, nie wykrzykiwany, nie bieganie ze sztandarem, nie puste hasła, ale codzienne małe czynności, codzienna dbałość o odebraną ojczyznę, pamięć o niej. 

Dodatkową impresyjkę myślową z lektury mam taką, iż obiekty naszych zmartwień są wieczne. I niezmienne są powody do obrażania się na świat, jego nowoczesność czy też nieobyczajność młodzieży.
Marzec 1901 roku. "Już za miesiąc jedyny nasz syn przeniesiony zostanie z domu do Poznania i będzie uczniem gimnazjum (...). Martwi mnie (...) ogromnie, że moje dziecko wyjdzie spod troskliwej opieki rodzicielskiej i będzie poddawane złym obcym wpływom. Nie dawno "Kronika Rodzinna" pisała, że nasza młodzież męska coraz częściej brzydko się wyraża. Na przykład na rodziców mówią "starzy". nauczyciel to "belfer", zakonnik przezywany jest "mnichem". o księdzu mają odwagę mówić "klecha". Każda starsza osoba to "stary piernik", a własna siostra to "facetka". Przecież to straszne! Młodzież męska podobno używa też słów nieprzyzwoitych, jak wyrażenia "dał dęba", "każ się wypchać", "nie zawracaj mi kontramarki", "trzeba sprawić mu lanie", "wzięli go na fis" i tak dalej. Nie mogę sobie wyobrazić, ze i mój Staś tak może się wyrażać. A poza domem wszystko, co złe może mieć do młodej duszy dostęp."
Czyż nie zacnymi owe przekleństwa zdają się być? :-)

Siedząc w naszym XXI wieku na tapczanie, a nie rozparłszy się w głębokim, uszatym fotelu, widząc prze okno rozświetlony sztucznym światłem blok na przeciwko, a nie zaprzężoną w parę koni bryczkę na piaszczystej drodze, na pewno zaprzyjaźnicie się z Marianną. Najpierw narzeczoną, potem kochającą żoną, troskliwą matką, i nad wyraz gospodarną wielkopolską gospodynią. 


"Marianna i Róże" wydaje mi się być, prócz tego, że wspaniałym, wciągającym czytadłem, od którego oderwać się można jedynie wtedy, gdy już trzeba wyjść do pracy lub po kolejny kubek herbaty, także lekką, ale i szlachetnie piękną, mądrą historią o sile rodziny.
Choć oczywiście tylko dla wielbicieli mantylek, galonków, szmizetek i szaserów... i malinowych herbat... 

... i może jeszcze zakładek w kształcie serca...





... a może i wielbicielek magnesów na lodówkę... 


... ? 

Ponieważ bywa, iż hołduję zasadzie wymienionej na muffinkowym magnesie, udam się właśnie do kuchni na obiad. Dziś podkuchenna Edyta serwuje w rodowej porcelanie (miska z Bolesławca:-)) - flaczki wegańskie! 
Pyszottta! Czego i Wam życzę:-) 
Edyta z Miską Flaczków:-)


wtorek, 24 lutego 2015

...


Kochalibyśmy Boga


Kochalibyśmy Boga, 
gdyby oczu naszych szybki 
były wklęsłe, a nie wypukłe.

Kochalibyśmy Boga,
gdyby pierś nasza, jaskinia duszy
nie z mięsa była, lecz z wody.

Ujrzelibyśmy w tym akwarium 
całą faunę potworną
ludzkich grzechów.


Federico Garcia Lorca


p.s. bez obaw, to nie ma wiać grozą, że dziś dzieje się coś... nieładnego... to jeden z moich ulubionych wierszy... bo w gruncie rzeczy to jest we mnie tak czarna wizja świata... i stąd moja potrzeba optymizmu na co dzień...

sobota, 21 lutego 2015

Książka w różowej okładce





Książka, która mieszka w moim domu od lat, od 82 roku, więc być może najpierw zobaczyłam film, nakręcony według niej przez Jana Batorego w 76 roku. Choć oczywiście nie jako pięciolatka:-), a z pewnością ładne kilka lat później. (Czy też oglądaliście / podglądaliście czasem "niedozwolone" filmy przez przymknięte drzwi dużego pokoju?)

"Con amore" czytuję sobie na małe i duże smutki. W razie konieczności sięgam do domowej apteczki, gdzie mam pierwsze, dawne części Musierowicz, "Anię z Zielonego Wzgórza", "Błękitny Zamek", cykl James'a Herriota "Wszystkie stworzenia duże i małe", "Czarodziejską Górę" Manna, "Ulicę marzycieli" Wilsona, Vargasa Llosę, Benedykta Chmielowskiego "Nowe Ateny", Irvinga najchętniej "Hotel New Hampshire" i "Con amore" właśnie. Wiem, wiem... dość dziwna i lekko wybuchowa, jeśli ją razem zażywać, mieszanka medykamentów. Jednak człowiek tak już ma, że raz mu potrzebny lek na małą gorączkę, raz na duży ból głowy, a raz na całkowite przegnicie organizmu. I nigdy nie wiadomo, co najszybciej i najlepiej zadziała.

A powieść w różowej okładce zaczyna się od przyjaźni dwóch studentów Akademii Muzycznej w Warszawie, startujących w eliminacjach do kadry narodowej Konkursu Chopinowskiego, wynajmujących wspólnie pokój. Na jeden z koncertów Grzegorz przyprowadza swoją dziewczynę Ewę, w której od pierwszego wejrzenia zakochuje się Andrzej. Zakochuje się tak romantycznie, jak dotąd zdarzyło się to jedynie Don Kichotowi, zakochuje się po ostatnie zakamarki serca. I po sam koniec świata... I właśnie jak Błędny Rycerz, po sam koniec świata, i wszelkimi możliwymi sposobami, walczy o życie Ewy, czekając jednocześnie na jej miłość.
W zasadzie... W zasadzie to myślę sobie, że chyba bezsensem jest opisywanie fabuły książki. Część z Was na pewno zna i pamięta film z Wojciechem Wysockim, Mirosławem Konarowskim, Joanną Szczepkowską i aktorką - amatorką, wówczas studentką polonistyki, która gra Ewę, a która już nigdy więcej nie chciała grać w żadnym filmie. Pamiętacie, prawda? Ci, którzy go nie znają, z pewnością mogą się domyślić, jak przebiegają i kończą się książki w różowych okładkach. Chociaż mam też na swoich półkach książkę w okładce właśnie takiego koloru, a jej tytuł brzmi "Historia kultury rzymskiej", gdzie wykluczone jest jakiekolwiek romantyczne zakończenie.

"Con amore" urzekło mnie, i urzeka pewnego rodzaju spokojem, elegancją narracji. Nie są to, tak popularne i hołubione dziś, krótkie, urywane zdania, a całość nie składa w 4/5 z dialogów, która służą jedynie czczej, choć przyznam, że bywa, iż błyskotliwej, wymianie zdań bez przyczyny i sensu.
U Berwińskiej bohaterowie myślą, podejmują ważkie decyzje, dokonują życiowych wyborów i nie dotyczą one koloru kolejnej pary butów, deseniu sukienki czy przechodzenia szybkim krokiem przez kolejne przygody miłosne. To nie jest świat szybkich karier, przejedzonego do bólu konsumpcjonizmu. Na prywatkach rozmawia się o sile uderzenia prawą dłonią w nokturnie F - dur op. 15  i o tym czy dojść do właściwej interpretacji drugiego koncertu Chopina przez Bacha czy Beethovena, których Chopin bardzo cenił. Oczywiście zwraca się uwagę na drogie dżinsy z Pewexu lub z paczki z zachodu, zakochuje się, przeżywa zawody miłosne, pije wino, ale ma to jakąś inną, łagodną barwę, inny styl.

Jeśli komuś zamarzy się poznać / przypomnieć sobie "Con amore" nie przez książkę, a poprzez film, o którym już wspomniałam, a do którego scenariusz napisała sama Berwińska, to proszę bardzo, oto KLIK do niego. Tylko wcześniej należy sobie przygotować duży kubek herbaty, owinąć się kocem... Gdy tylko zrobię swoje "klik" na publikację wpisu, który właśnie czytacie, to zrobię sobie "klik" na film. Nie widziałam go od dobrych 20 lat i sama jestem ciekawa, jak dzisiaj działa.

Z "Con amore" wypisałam sobie tych kilka zdań:

"Dzisiaj długo (...) rozmawialiśmy o wieloznaczności w sztuce. Jak to dobrze, że znaki w partyturze nie są precyzyjne. Cresendo, forte, vivace, sostenuto... Con amore... - samo w sobie nic nie znaczy, dopiero w kontekście utworu. Zawsze czułem, że sztuka bez wieloznaczności jest płaska. Nie jest w ogóle sztuką. To chyba wynika z najgłębszych źródeł twórczości. Sztuka przecież musi mieć coś z magii, z tajemnicy, z niedookreślenia. Dopiero jak się czuje i wydobywa to niedookreślenie, tę magię, tę tajemnicę - dotyka się sztuki. 
Czy tak samo jest w miłości? Czy też, jak się już   w s z y s t k o   w i e   - to się przestaje kochać? 
Ale czy można wiedzieć   w s z y s t k o  ?  O czymkolwiek?"
                                                                                                          Krystyna Berwińska

Z góry przepraszam za małą romantyczność? przyziemność? obrzydliwą pragmatyczność? tego co za sekundę napiszę.
Babcia Józia, mama mojej Mamy, zawsze powtarzała: "nigdy nie pokazuj chłopu całej dupy", co moim zdaniem idealnie wpasowuje się w powyższy cytat, a dokładnie w jego przedostatnią linijkę. Choć nieco po ludowemu...

Swoją drogą... że też często nie potrafię się pohamować. Często i gęsto. Gdy tylko rzucę szczyptą pięknego słowa, zacytuję coś górnolotnego, zaraz dla równowagi muszę wyskoczyć z jakąś... ni mniej, nie więcej... dupą, na przykład... Jednak nigdy nie będę Anią z Zielonego Wzgórza... Lub choćby Ewą z "Con amore". A bardziej Zośką z tegoż "Con amore". Ech... żyźń sabacza... 

Książkę w różowej okładce polecam Wam dziś za sprawą wyzwania czytelniczego Klucznik u Ami, gdzie jedna z lutowych wytycznych brzmi: "love story".



A teraz zapraszam na to, co tak naprawdę jako pierwsze wpisałam w post. Zapraszam na to, dla czego warto wiele znieść, w tym także czytanie długich wpisów blogowych...

Oto świeżutka i pachnąca, tegoroczna walentynka, która przybyła do nas dwa dni temu z nieodległej Wielkopolski, a dokładnie - z jej stolicy.

Proszę przygotować się na ucztę duchową, ucztę zdecydowanie con amore, choć nie tylko:-)



"Historyjka

Była sobie pewna róża. I to nie byle jaka! Tylko księżniczka róż! Uważała się za najlepszą ze wszystkich. Myślała, że jest najładniejsza i nikogo nie potrzebuje. Pewnego dnia, matka postanowiła wybrać dla niej męża. "Ja nie chcę męża! Nie potrzebuję go!" - myślała Różyczka. Ale mama się nie poddała. Całe królestwo czekało, aż przyjadą książenta (pisownia oryginalna:-)). Gdy się zjawili, księżniczka uznała, ze nikogo nie wybierze, ale nie wytrzymała długo. Po pewnym czasie jeden przystojniak wpadł jej w oko. Dwa dni później wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie. Tak właśnie kwiaty obchodzą Dzień Zakochanych.
 Koniec


Z okazji walentynek, chcielibyśmy Wam życzyć wszystkiego najlepszego. Szczególnie dużo miłości i radości. Życzymy dużo szczęścia i serduszek!" 


A pod całą, pełną dramatyzmu opowieścią zawartą w walentynce, i pod ciepłymi życzeniami, znalazł się rysunek. Z pewnością ilustracja do romantycznej baśni ze świata róż i miłości:-)




Czy "miłością możesz zmienić świat!" ? Pesymistyczna część Edyty powątpiewa, racjonalna wzrusza ramionami, sceptyczna wydaje z siebie głośne "phi!", romantyczna... mimo wszystko... mocno wierzy:-)

Mój ulubiony fragment z Historyjki na Walentynki? "Myślała, że jest najładniejsza i nikogo nie potrzebuje", no tylko się uhahać po pachy. Choć mam też słabość do fragmentu: "po pewnym czasie jeden przystojniak wpadł jej w oko. Dwa dni później wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie", och... Gdybyż to było takie proste, prawda? Żyli długo i szczęśliwie...



Pozdrawiając ciepło!
zachęcam nieustająco do zajrzenia - do poniedziałku do południa - o tutaj KLIK:-), 
gdzie czekają 
- na przykład -
wolne jeszcze

kocie magnesy 


foremki do wypieku kocich ciastek


pakowna prze-kocia torba


notesy pełne kotów w środku i na zewnątrz


i inne kocie inności.


Edyta z Kubkiem Kawy

czwartek, 12 lutego 2015

Nie mogę dziś za wiele napisać...


... bo mam palce unurzane w pysznym, miętowym lukrze... mmmmm... dodatkowo tu i ówdzie opada, tworząc małe śnieżne zaspy, cukier puder... bo moja Mama lubi pączki tylko w pudrowej otoczce... a ja tylko lukier... mmmm... pyszota... rozkosz... szaleństwo... w naszej cukierni na półkach rozparły się, między innymi, moje ukochane pączki z różaną konfiturą i skórką pomarańczową na odrobinkę miętowym lukrze... mmmm... na ziemi też może być niebo...



...ryzykując oblepienie książki lukrem... mmm... konfiturka różana... mmm... otworzyłam profesora Bralczyka "Jeść!!!" na haśle "pączki" i wyczytałam, że nazwa "pączek" wzięła się prawdopodobnie od "pęczka" rozumianego w tym wypadku ... o! lukier spadł mi na literkę U... jako "kłębek", "węzełek", w każdym razie coś bardzo okrągłego... a smakowite "czuć się jak pączek w maśle" ma swój początek aż  XVI wieku, czego się nie spodziewałam... 

... jako nieustraszona wielbicielka pączków i tropiciel pączkowiedzy wynalazłam też w książce Michaela P. Foleya "Dlaczego jemy ryby w piątek?", a traktującej o zwyczajach, tradycjach mieszanki narodowo - kulturowej Stanów Zjednoczonych, informację, iż "szczególnie interesujące są pączki, po pierwsze dlatego, że są dość dobrze znane w wielu regionach Stanów Zjednoczonych, a po drugie ponieważ dorobiły się grupy zagorzałych zwolenników, dysponujących nawet własnym lobby - National Pączki Promotional Board (Narodowy Komitet do Spraw Popularyzacji Pączków)"... słyszycie??? Popularyzacja Pączków! Komitet! NARODOWY!! pączek sprawą wagi narodowej!... jestem dogłębnie poruszona... i wzruszona... z tej okazji zjem trzeciego dziś pączka... bo zasadniczo to w Tłusty Czwartek, z założenia!, zjadam dokładnie siedem pączków, plus kawa oczywiście... i nic więcej, bo nic więcej już nie zmieszczę:-) no chyba, że... ósmego pączka:-) 

... a komu się marzą rozkosznie pyszne, łatwe w wykonaniu, cudnie kuliste, małe pączusie ziemniaczane i to całkiem, zdecydowanie na słodko pączucie, proszę zrobić KLIK i tam, od roku już, leży ów genialny przepis i czeka na kolejnych pączkofanów:-)


... a ja jednak, bo mimo wszystko trzeba robić przerwy w pączkopożeraniu, ruszam do działań... Fabryka Małych Przyjemności przygotowuje się na świętowanie Dnia Kota w Domu Tymianka! to lubimy:-)



... nie byłabym sobą, gdybym na koniec nie zakrzyknęła:

Pączkofani wszystkich krajów łączmy się!

Jawnożercom i skrytożercom pączkowym mówimy stanowcze TAK!

Smacznego dnia:-)

Edyta z Palcami w Lukrze:-)


p.s. dla jasności - komputer to może i bym zaryzykowała ufąflać lukrem, ale książkę? żame! newer! nikagda! nigdy! 



poniedziałek, 9 lutego 2015

"Dom pod Lutnią"


A dziś pojedziemy na Mazury. I dodatkowo będzie to wycieczka w czasie...


Mały Tomek zostaje wywieziony przez mamę do swojego dziadka na mazurską wieś. To nie jest zwykły wyjazd, zwykłe wakacje, a raczej próba ukrycia Tomka przed niebezpieczeństwem wiszącym nad całą rodziną Joanny, mamy chłopca, po aresztowaniu jej męża przez UB.

Dom dziadka Józefa, przedwojennego pułkownika szwoleżerów, uczestnika kampanii wrześniowej 39 roku i więźnia niemieckiego oflagu, tylko z perspektywy Warszawy, skąd przyjechał Tomek, wydaje się spokojnym, bezpiecznym miejscem. Powojenne Mazury początku lat 50-tych to kocioł pełen wrzącej mieszanki. Pozostali po "zamknięciu" niemieckich Prus Wschodnich rodowici, z dziada pradziada, Mazurzy; wysiedleńcy zza Buga, wyrzuceni ze swoich małych ojczyzn; szukający domu powojenni rozbitkowie z całej Polski; nieliczni Niemcy, którzy odważyli się nie uciekać. Taka zawartość nie zawsze jest niebezpieczna, wybuchowa, ale gdy dodać do tego zapalnik władz nowego porządku, UB, aktywne prolondyńskie partyzanckie oddziały w lasach... 

W domu dziadka - pułkownika szwoleżerów, uczestnika września 39 roku, więźnia niemieckiego oflagu - Tomek znajduje nie tylko spokój, ale i radość dziecięcych przygód z nowymi kolegami (którzy często mówią w niezrozumiałym dla niego języku). Przyswaja naukę płynącą z opowieści dziadka, ale też i z jego codziennych zachowań. Józef Bronowicz często balansuje na granicy bezpieczeństwa i ryzyka. Często też je przekracza, co w tamtych czasach mogło zakończyć się w oczywisty sposób. 

Mimo że to postać chłopca spina całość powieści, przede wszystkim zaś wprowadza czytelnika w nowy dla siebie świat, powojenną rzeczywistość, to główną postacią "Domu pod Lutnią" jest jego dziadek. 
Bronowicz uciekł na Mazury od warszawskiej powojennej rzeczywistości, od nużącej, niechcianej pracy, od obcej mu, niekochanej żony, a przede wszystkim od mierżącej go komunistycznej oprawy codzienności, donosów, agentów UB. Czy można uciec od wszystkiego? Czy świat, wcześniej czy później, nas nie dogoni?
Pułkownik znajduje jednak upragniony, choć chwilami tylko względny, spokój. Znajduje inne realia, prostszy świat, przynoszącą radość codzienność. I miłość, której pojawienie się chyba go zadziwia, zaskakuje, a którą otoczenie przyjmuje ze zrozumieniem, choć i bywa też, że z niechęcią i kpiną. 

"Jest to powieść o niespodziewanym - niezwykłym dla obojga - spotkaniu starego mężczyzny z młodą kobietą. O tym ,jak ich życie zmienia się, jak za dotknięciem czułej ręki. Czy była to tak zwana wielka miłość? Nie wiem. Nie wiem nawet, czy możliwe jest jeszcze wiarygodne opisanie "wielkiej miłości" - dziś w XXI wieku?"                                                                                                                Kazimierz Orłoś

Do przeczytania "Domu pod Lutnią" nęciła mnie jej okładka. Trafiałam na nią kilkakrotnie w internecie, a i w księgarni. Przeglądałam (prócz obowiązkowego podwąchiwania stron), podczytywałam. I okładka, i podczytane strony wołały: "przeczytaj... przeczytaj...", ale ciągle miałam w sobie pytanie: "czy to aby dla mnie?". Oczywiście poza pytaniem: "skąd wziąć 35 złotych?" :-) 
A kilka dni temu wypożyczono mi pakiet książek w formie audiobooków, a wśród nich "Dom...". W dodatku czytany przez Adama Ferencego. I to czytanie jest piękne, zaciekawiające i nienachalnie wcielające się w role poszczególnych bohaterów. Na pewno dzięki Ferencemu książka ma dodatkowy plus, ale i bez niego jest to na pewno przednia, samodzielna lektura. Fabuła jest bowiem wspaniale prowadzona, postacie są wyraziste, charakterne, narracja potoczysta, lekka, acz nie czułostkowa. Taka... męska książka, ale idealna dla każdej płci. Całkowity czytelniczy gender, że użyję tego strrrasznego:-) słowa. 

Przyznam, że na pewno wypatrzę sobie kolejną książkę Orłosia. Zaraz zajrzę w katalog naszej biblioteki, może akurat? 

I znalazłam też sobie maleńką, osobistą ciekawostkę w "Domu...". Dojrzałam wyraz "korowaj", a pracowałam kiedyś z panem o takim właśnie nazwisku. Okazuje się, iż miano swe otrzymał od tradycyjnego ukraińskiego wypieku weselnego, mającego przynieść pomyślność młodej parze. Takie to ci apetyczne i szczęśliwe nazwisko miał kolega Andrzej.


Nostalgiczną, nieco chmurną, sielską okładką, a potem naprawdę ciekawą książką, zachwycałam się w związku z nieustającym wyzwaniem czytelniczym Okładkowelove u Ami:-).


Czytelniczo i ciepło pozdrawiam
Edyta z Kubkiem Kawy

p.s. Na deser najbardziej z-myślna sentencja, na jaką gdzieś przypadkiem trafiłam... 

"Myślenie jest jak kaszel, w nocy dokucza najbardziej."

zaiste prawda :-)