"... kierujemy się na ogół tą maksymką, moc radości wzmacniać smutku odrobinką..." Jeremi Przybora
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapiski Podkuchennej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapiski Podkuchennej. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 grudnia 2015

Aby zakosztować konfitury cytrynowej...

... należy ją sobie najpierw zrobić!

Aby zrobić konfiturę cytrynową należy nabyć 1 kilogram cytryn koniecznie soczystych i o skórkach raczej grubych oraz posiadać 1 szklankę cukru i 1 litr wody. 

Przyznam szczerze, że oryginalny przepis głosi co prawda, iż należy do 1 kilograma cytryn wziąć 1,2 kg cukru, ale wychodzi z tego tak obrzydliwy ulepek, że żadne kubki smakowe nie są w stanie przeżyć zetknięcia z taką konfiturą. Przy produkcji kilku pierwszych partii konfitur (a robię ją kilka razy w roku od kilku dobrych lat) sukcesywnie zmniejszałam ilość cukru. Ostatnio doszłam do wniosku, że i dawkę 1 szklanki, którą zastosowałam ostatnio,  też chyba jeszcze nieco odchudzę. 


Cytryny szorujemy mydłem lub płynem do naczyń przy użyciu szczoteczki przeznaczonej do warzyw i owoców. Solidnie płuczemy. Mycie mydłem brzmi może dziwnie, ale bez obaw, owoce nie nabierają zapachu detergentów. 

Potem sparzamy solidnie wrzątkiem. 

Wkładamy do garnka, zalewamy zimną wodą (winna przykryć owoce, ale odrobinkę mogą wystawać ponad powierzchnię wody) i stawiamy na ogień. Od momentu zagotowania gotujemy na średnim ogniu przez 20 minut. Odcedzamy i zostawiamy na chwilę do lekkiego choć ostudzenia. 

Na dużym talerzu (tak by złapać na nim sok) kroimy cytryny w cienkie paseczki lub niechlujne, acz małe kawałeczki, jak kto lubi - chodzi tu głównie o skórki, bo środek i tak będzie jedną ciapą, z której przy okazji oczywiście usuwamy pestki. Pozostałe wnętrzności, jak miąższ oraz albedo, a także skórki - "przegródki" cytryny pozostawiamy do dalszej obróbki. Reasumując - usuwamy jedynie pestki, cała reszta po pokrojeniu wraca do garnka. 

Pokrojone cytryny wraz z ciapą cytrynową zalewamy w garnku zimną wodą. Odstawiamy na 3 - 4 godziny, przy czym zmieniamy wodę 3 - 4 razy, odcedzając za każdym razem (tak jak makaron, przez dociśniętą  do garnka pokrywkę) i nie przejmując się, że nam coś tam uleci do zlewu. 

W garnku z grubym dnem, takim konfiturowym, przygotowujemy syrop z 1 litra wody i 1 szklanki cukru. Gdy zacznie wrzeć wrzucamy cytryny i do momentu zawrzenia całości gotujemy na dużym ogniu. Potem na najmniejszym możliwym dla robienia przez konfiturę malutkiego bul bul gotujemy przez 2 godziny. Nie ma potrzeby stać przy garnku i ciągle mieszać bowiem jego zawartość jest bardzo bardzo wodnita pierwszego dnia obróbki. Po 2 godzinach wyłączamy. Przez noc pektyny działają na nasze cytryny i czynią ją szklistą oraz gęstą. 

Następnego dnia gotujemy konfiturę na małym ogniu przez 20 - 30 minut ciągle mieszając. Wkładamy do słoiczków i pasteryzujemy. 
Można też, i ja tak czynię, przed owym ponownym smażeniem lekko zblenderować konfiturę. Pozostawiam część skórek nie zmiksowanych, a część staje się bardziej maziowata. 

Z 1 kilograma cytryn uzyskuje się około 4 - 5 małych słoiczków konfitury. Zawsze robię co najmniej z 2 kilogramów, na mniej szkoda zachodu. A i tak zawsze więcej niż połowa wychodzi z domu wraz z przyjaciółmi i znajomymi Królika. 

Konfitura wydaje się bardzo pracochłonna i zawiła w przygotowaniu, ale to tylko pierwsze wrażenie. Też takie miałam kilka lat temu. Teraz jej robienie to pestka. Wszak w zasadzie robi się ją w międzyczasie. Międzyczasie między odkurzaniem, czytaniem książki, lepieniem pierogów, podejmowaniem gości kawą i pierniczkami... 
A smak konfitury jest bajeczny. Cytrynowość 200%!! Delikatność miąższu, lekka cierpkość skórki... mmmm... Idealna na kanapkę z twarogiem, z serem żółtym, na chleb ryżowy, do ciast i ciasteczek przeróżnych... Poezyjka! I jeszcze do pieczenia szarlotki czasem daję kilka łyżeczek. I do lodów śmietankowych... 

Na tej samej zasadzie można zrobić konfiturę pomarańczową i mandarynkową. Za każdym razem najważniejszą pierwszą czynnością jest wybór koniecznie soczystych!!!! owoców. Razu pewnego trafiłam na mączyte i jałowe pomarańcze. I choć smak był ten sam, to jednak konfitura nie była krystaliczna i błyszcząca. A to już nie to samo. 

Oczywiście konfitura nie posiada już żadnych witamin, zwłaszcza witaminy C!, ale cóż... Nikt nie jest doskonały. 

Smacznego! 

Pozdrawiam ze środka nazbyt ciepłego grudnia, bleeeee! 
Edyta z Kubkiem Kawy


p.s. 
Zapakowana w piękny słoiczek idealne na prezent:-)


p.s. 2 
 "Prawdopodobieństwo, że chleb spadnie na dywan 
stroną posmarowaną masłem, 
jest tym większe, im droższy jest dywan."
Henry Kissinger


p.s. 3 


Tygryssa w swoim oknie życia. Miejsce do wygrzewania się nad kaloryferem i w promieniach słońca oraz gabinet zabiegowy w jednym. To tutaj Pacjent Roku 2015 jest dwa razy dziennie poddawany kłuciu w celu podania insuliny. Taki to słodziak, że ma w sobie nazbyt dużo cukru. Jak niektóre konfitury.




środa, 22 kwietnia 2015

Szybki duecik wegański

Pora obiadowa na zegarze, i choć u nas dziś obiad w porze raczej kolacyjnej (bo Mama do wieczora na działce grasuje), to na kuchni czeka już sobie świeżo przygotowane pesto z cukinii. Z prażonymi orzechami włoskimi, odrobinką czosnku i gotową na posiekanie pietruszką na wierzch. I oczywiście makaron razowy. Pyszotka...

A że przy okazji dopadł mnie zryw kuchenny, co zdarza mi się raz na jakiś tydzień, przygotowałam sobie zapas błyskawicznego pasztetu z fasoli (który tak naprawdę nazywa się pastą z fasoli) oraz moją wielce szybką sałatkę kaszowo - warzywną. Na trzy - cztery dni będzie. Chcecie spróbować? Proszę bardzo.



Pasztet z fasoli 
czyli pasta z fasoli białej wg przepisu z genialnie smakowitej Jadłonomii




Składniki:

- szklanka ugotowanej białej fasoli lub puszka odsączonej 
- 1 - 2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
- 2 łyżki łagodnego oleju (ja daję rzepakowy)
- duża garść majeranku (u mnie to jest duuuża garść) 
- bardzo płaska łyżeczka łagodnej musztardy
- zmielone ziele angielskie, maleńka szczypta na czubku łyżeczki - opcjonalnie
- pieprz i sól wg własnego smaku

Gdy odcedzam fasolę z puszki (bo wszak jestem leniwa i jeszcze nie udało mi się zrobić tego pasztetu z ugotowanej osobiście fasoli) zostawiam odrobinę płynu, i gdy pasztet jest zdecydowanie nazbyt gęsty dodaję nieco owego płynu. 
Jedyne co należy zrobić to wszystkie składniki włożyć do blendera i zmiksować. I pasztet gotowy! Ale że mój blender nie jest wysokiej jakości i wspaniale się zaklajstrowuje fasolą to wrzucam ją do garnka i traktuję tłuczkiem do ziemniaków, i to dość niechlujnie, bo lubię gdy gdzieniegdzie widać ziarna, a potem dodaję pozostałe składniki pasztetu i mieszam widelcem. 

Kanapka z pasztetem z fasoli najpyszniej smakuje z surowymi pieczarkami (uwielbiam surowe pieczarki!, moja ulubiona kanapka to chleb właśnie z pieczarkami i natką pietruszki. Poezyjka!), ogórkiem świeżym lub kiszonym, masą natki pietruszki. Także z cienkimi plasterkami cebuli. 




I drugie pyszne, proste, zdrowe i szybkiego wegańskie danie. I to nawet sama je sobie wymyśliłam:-)

Szybka sałatka 



Składniki:

- szklanka ugotowanej kaszy gryczanej lub ryżu (najlepiej brązowego)
- 3 - 4 łodygi selera naciowego - pokrojony w małe paseczki
- pół dużej papryki czerwonej - pokrojona w kosteczkę małą
- 6 - 8 suszonych pomidorów z oleju - pokrojone w paseczki
- ok. 3 łyżek oleju ze słoika, w którym zanurzone były pomidory suszone
- spora ilość natki pietruszki, łącznie z grubymi łodygami - posiekana drobno
- pieprz, sól

Mieszamy wszystkie składniki dobrze i wkładamy do pudełka, i do lodówki. 

Z ilości powyżej wychodzi pokaźna ilość sałatki, która jest idealna na śniadania, kolacje, przegryzki, do pracy, i tym podobne. Samo zdrowie:-)

Sałatka może mieć różne wersje, wedle własnej inwencji, na przykład: 
- mały ogórek świeży (bez wnętrzności z pestkami) - pokrojony w kosteczkę małą
- pół puszki zielonego groszku lub kukurydzy
- kilka rzodkiewek - pokrojone w kosteczkę
- 3 - 4 kotlety sojowe tylko ugotowane - pokrojone w paseczki
- mała pierś kurczaka ugotowana - pokrojona w kostkę - to wersja dla mięsożerców


Życząc smacznego
pozdrawiam:-)

Edyta z Kubkiem Kawy


p.s.
A jeśli już o warzywach, to dla równowagi - coś o owocach:

"Kiedy życie poda ci cytrynę, zrób z niej lemoniadę"

Podpisuję się w całości. Próby przemalowywania czarnego na tęczowe to podstawa:-)


czwartek, 12 lutego 2015

Nie mogę dziś za wiele napisać...


... bo mam palce unurzane w pysznym, miętowym lukrze... mmmmm... dodatkowo tu i ówdzie opada, tworząc małe śnieżne zaspy, cukier puder... bo moja Mama lubi pączki tylko w pudrowej otoczce... a ja tylko lukier... mmmm... pyszota... rozkosz... szaleństwo... w naszej cukierni na półkach rozparły się, między innymi, moje ukochane pączki z różaną konfiturą i skórką pomarańczową na odrobinkę miętowym lukrze... mmmm... na ziemi też może być niebo...



...ryzykując oblepienie książki lukrem... mmm... konfiturka różana... mmm... otworzyłam profesora Bralczyka "Jeść!!!" na haśle "pączki" i wyczytałam, że nazwa "pączek" wzięła się prawdopodobnie od "pęczka" rozumianego w tym wypadku ... o! lukier spadł mi na literkę U... jako "kłębek", "węzełek", w każdym razie coś bardzo okrągłego... a smakowite "czuć się jak pączek w maśle" ma swój początek aż  XVI wieku, czego się nie spodziewałam... 

... jako nieustraszona wielbicielka pączków i tropiciel pączkowiedzy wynalazłam też w książce Michaela P. Foleya "Dlaczego jemy ryby w piątek?", a traktującej o zwyczajach, tradycjach mieszanki narodowo - kulturowej Stanów Zjednoczonych, informację, iż "szczególnie interesujące są pączki, po pierwsze dlatego, że są dość dobrze znane w wielu regionach Stanów Zjednoczonych, a po drugie ponieważ dorobiły się grupy zagorzałych zwolenników, dysponujących nawet własnym lobby - National Pączki Promotional Board (Narodowy Komitet do Spraw Popularyzacji Pączków)"... słyszycie??? Popularyzacja Pączków! Komitet! NARODOWY!! pączek sprawą wagi narodowej!... jestem dogłębnie poruszona... i wzruszona... z tej okazji zjem trzeciego dziś pączka... bo zasadniczo to w Tłusty Czwartek, z założenia!, zjadam dokładnie siedem pączków, plus kawa oczywiście... i nic więcej, bo nic więcej już nie zmieszczę:-) no chyba, że... ósmego pączka:-) 

... a komu się marzą rozkosznie pyszne, łatwe w wykonaniu, cudnie kuliste, małe pączusie ziemniaczane i to całkiem, zdecydowanie na słodko pączucie, proszę zrobić KLIK i tam, od roku już, leży ów genialny przepis i czeka na kolejnych pączkofanów:-)


... a ja jednak, bo mimo wszystko trzeba robić przerwy w pączkopożeraniu, ruszam do działań... Fabryka Małych Przyjemności przygotowuje się na świętowanie Dnia Kota w Domu Tymianka! to lubimy:-)



... nie byłabym sobą, gdybym na koniec nie zakrzyknęła:

Pączkofani wszystkich krajów łączmy się!

Jawnożercom i skrytożercom pączkowym mówimy stanowcze TAK!

Smacznego dnia:-)

Edyta z Palcami w Lukrze:-)


p.s. dla jasności - komputer to może i bym zaryzykowała ufąflać lukrem, ale książkę? żame! newer! nikagda! nigdy! 



niedziela, 11 stycznia 2015

Śniegowe DIY cz.2

"W żadnym z miast na świecie śnieg nie ma tak krańcowych humorów jak w Warszawie; nigdzie nie potrafi tak szybko i tak beznadziejnie zmieniać się w brudne, dręczące błoto, ale też nigdzie nie pada z takim wdziękiem, jak w tym mieście. Pada wtedy miękko i cicho, pokrywa świat cały puszystą bielą, mieniącą się w nocy granatowej refleksami na dachach i skwerach, budzi tęsknotę za minionym dzieciństwem.
Tego (...) wieczoru śnieg padał (...) jak w bajkach Andersena - bezszelestnie, obficie i kojąco."

                                                                                                                        Leopold Tyrmand "Zły"


Nieustająco marzy mi się ŚNIEG...

Wołając więc ponownie 

człowieku!  
zrób sobie ŚNIEG!

przystępuję, bez zbędnej gadaniny, do jego produkcji. 

Tym razem wygrzebałam przepis, który pozwala doświadczyć 
piękna puchowości - puchatości - puszystości 
ŚNIEGU 
napadanego w wielkie, mięciuchne zaspy,
acz nie zapominam o bieżących opadach na koniec.
Taki to ci zacny przepis.
  

Dla doświadczenia 
ŚNIEGU
(który w nomenklaturze przepisowej nazwany został oficjalnie "ciasto puszek")
 biorę: 

- 2 szkl. mąki ziemniaczanej 
- 6 łyżek mąki pszennej
- 2 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
- 6 jaj
- od 1 do 1 i 1/2 szkl. cukru (zależy jak słodkie ciasta lubicie, oryginalny przepis nakazuje aż 2 szklanki!)
- kostka margaryny
- 2 łyżki octu 
- 6 łyżek oleju
- aromat waniliowy
- trochę świeżego ŚNIEGU dla obsypania całości na koniec

Miękką margarynę ucieram z cukrem na puch, wbijając po jednym jaju dalej miksuję. Dodaję wymieszane produkty sypkie: obie mąki i proszek. Na koniec ocet i olej. 
Wykładam do blaszki podłużnej - keksówki (dość dużej), ale puszek pięknie wygląda też upieczony w formie okrągłej - tortowej z kominkiem. Piekę w 175 stopniach (piekarnik gazowy) przez ok. 50 - 60 minut. Oczywiście, jak zawsze na 15 minut przed końcem pieczenia, posługuję się metodą patyczka, jak zawsze. Moc gazu w rurkach instalacji nieprzewidywalna.  
Po wystudzeniu ciasta, choć niekoniecznie:-), posypuję szczodrą ilością ŚNIEGU w sposób spontaniczny i radosny, wyobrażając sobie, iż wraz z ciastem stoję pod choinką obficie obieloną, którą pociągam za gałązkę i cały ten puch robi miękkie puuuuuuuuch ... :-)
  


Powiadam Wam, puszkowość tego puszka, lekkość śniegu i smak przepyszny - niezawodne, a przy tym naprawdę zacne. Z chłodnym mlekiem... z kawą... z białą herbatą... Takie ciasto, że chce się żyć:-)


Zaczęłam Tyrmandem, to i Tyrmandem skończę, choć już bezśnieżnie.

"Istotą miłości (...) nie jest szczęście ani melancholia, poryw ani cierpienie, ale obawy. Żaden z węzłów życia nie splata się tak z obaw jak miłość. Przyjaźń, acz w gładszy sposób, jest z tej samej tkanki." 
                                                                                                             "Dziennik 1954"


Padam do nóżek!
czekająca na ŚNIEG 
Edyta z Kubkiem Kawy



sobota, 10 stycznia 2015

Śniegowe DIY

„Zima mrozi,
zima grozi,
nie dowozi,
w zaspach tkwi.”
(Jeremi Przybora)

Tylko gdzie tak jest, pytam się? Gdzie?

Gdzie jest ŚNIEG? Gdzie? 

Na pewno nie za moim oknem. ŚNIEG był za nim jedynie przez kilka godzin, kilka dni temu. 
Nawet nie warto było odkurzać sanek. 
Ba! Było go jedynie tyle, że i kiepski ślizg na obuwiu by nie wyszedł... 
Ech... 
Jakie ocieplenie, taka zima. Jaka zima, taki ŚNIEG. 

A więc... człowieku, zrób sobie ŚNIEG sam! 

Dla ujrzenia ŚNIEGU potrzebujemy:

- 200 g mąki pszennej
- 250 g czekolady gorzkiej
- 70 g cukru
- 200 g margaryny lub masła
- 6 dużych jaj
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- opcjonalnie i do wyboru: spora garść posiekanej białej czekolady lub mlecznej, lub 2 małe banany w kostkę pokrojone, lub opakowanie wiśni kandyzowanych, lub w ogóle nic
- na koniec, nareszcie! duża ilość ŚNIEGU! to jest cukru pudru oczywiście, chciałam napisać:-)


Masło, cukier i czekoladę rozpuszczamy, nie doprowadzamy do zagotowania. Wystudzamy. Dodajemy do tego mąkę z proszkiem do pieczenia, chwilkę miksujemy. Dodajemy jaja i miksujemy. Dodajemy (lub nie) opcjonalny składnik. Banan doda nam przyjemnej wilgotności i oczywiście smaku. Tę ostatnią funkcję oczywiście spełnią z godnością i pozostałe opcjonalne składniki. 
Ciastem wypełniamy papilotki do 2/3 wysokości i wstawiamy do nagrzanego na 160 stopni piekarnika (temperatura dla piekarnika gazowego) i pieczemy 20 - 25 minut.
Wyciągamy i...

 RADOŚNIE POSYPUJEMY ŚNIEGIEM...

Parzymy kawę, bierzemy muffina w rękę,
nadgryzamy patrząc przez okno, 
za którym (intensywnie!) wyobrażamy sobie...

 ŚNIEG... 


... i rozkoszujemy się czekoladowością muffinek po ostatni kubeczek smakowy:-)




A przy jednej z muffinek oglądałam film, w którym usłyszałam prostą życiową definicję.

„Poczucie winy nim coś się zrobi, to moralność.”

I jeszcze coś na wesoło. Bo wydaje mi się, że muffinki lubią uśmiechy.

„- Co studiowałeś?
- Angielski. I historię. Żeby na pewno nie znaleźć pracy.”

("Liber arts" reż. J. Radnor) 


Smacznego ŚNIEGU życzę:-)
Edyta z Kubkiem Kawy

sobota, 18 października 2014

Tylko bez jaj proszę:-)

Bez zbędnych wstępów i gadulstwa, co to czasem lubię:-), zapraszam na jedno z moich ulubionych dań obiadowych. Ma przy tym ten urok, że może także służyć za kolację. I za danie na wynos, na przykład w długą podróż. Albo na piknik. Majówkę. Jesienną wyprawę nad morze. Na rowery.

Podano do stołu, prosiemy, prosiemy:-)


Wegańskie kotlety gryczano - pieczarkowe 
z surówką z surowych buraczków



Niestety, zdjęcia spożywcze niezbyt mi wychodzą... Szkoda, bo danie przepyszne! 

Poza tym, że mam wielką ochotę posiedzieć z Wami w ten weekend przy wegańskim stole, chcę także spróbować swoich "zdolności" operatorskich w wyzwaniu fotograficznym pod hasłem Roślinne Gotowanie, które ogłosiła u siebie Ela (KLIK). Oczywiście z okazji Światowego Dnia Wegetarianizmu, który obchodziliśmy 1 października.
Fotograf kulinarny ze mnie żaden, ale przecież o zabawę i o sam przepis tu chodzi:-)

Może i Wy macie jakiś swój ulubiony, wypróbowany przepis roślinny? I oczywiście piękne, apetyczne zdjęcie potrawowo - roślinne? Zapraszam do Eli (KLIK). No i oczywiście sama jestem strasznie ciekawa, co jeszcze można warzywno - owocowego wyczarować.




No, ale do garów, do garów!

Jak już wspomniałam, kotlety można jeść jako danie obiadowo - kolacyjne, z surówką właśnie. Oczywiście niekoniecznie z surówką buraczkową.

Doskonale! bardzo, a bardzo doskonale!! spisują się też w roli wkładki do wegańskich hamburgerów. Wówczas połówki bułki smaruję nieco keczupem. Na dolną połówkę bułki kładę na przykład ze dwa liście sałaty, jedną dużą rzodkiewkę pokrojoną w cienkie plasterki, także plasterki ogórka konserwowego. Na to kotlecik. A na kotlecik plasterek pomidora, krążki cebulki, plastereczki selera naciowego. Zamykamy całość górną połówką bułeczki i konsumujemy. Pyszotka! I dobre na wynos, choć jak wiadomo można się takim daniem ufąflać niebotycznie. Co też często czynię.


Kotlety gryczano - pieczarkowe
na około 15 sztuk potrzebujemy:

- 1 szklanka ugotowanej kaszy gryczanej
- 1/2 szklanki płatków owsianych
- 250 g pieczarek
- 1/2 szklanki surowej soczewicy czerwonej
- 2 cebule średniej wielkości
- 3 - 4 ząbki czosnku
- 2 - 3 czubate łyżeczki mąki ziemniaczanej (to dawkujemy zależnie od potrzeb - gęstości - wodnistości masy kotletowej)
- bułka tarta (dawkowanie jak wyżej)
- przyprawy jak majeranek, lubczyk i tym podobne
- NIE DAJEMY jaj! to nie jest błąd w druku:-)

Płatki owsiane zalewamy małą ilością wrzącej wody i zostawiamy na ok. kwadrans do napęcznienia. Potem można ewentualnie rozetrzeć nieco płatki widelcem, ale nie jest to konieczne.
Soczewicę gotujemy do miękkości (czerwonej soczewicy nie trzeba namaczać), co trwa jakieś piętnaście minut.
Cebulę z pieczarkami siekamy drobno i smażymy, odsączamy nadmiar wody i tłuszczu.
Do napęczniałych płatków dodajemy kaszę gryczaną, soczewicę, cebulę z pieczarkami, przetarte ząbki czosnku, przyprawy przeróżne, mąkę ziemniaczaną, bułkę tartą. Bułkę i mąkę dokładamy jeszcze w miarę potrzeby, jeśli całość nie będzie nam się trzymać.
Formujemy kulki, obtaczamy w bułce i rozpłaszczamy, smażymy na złoto - brązowo. Odsączamy na ręczniku papierowym.

Jeśli mowa o płatkach, które w przepisie...
Nie wiem czy spodoba Wam się ten pomysł, ale ja od wielu lat używam płatków owsianych do mycia twarzy, a i bywa, że całych obszarów ciała również. Przy wannie zawsze u nas stoi słój z płatkami owsianymi. Biorę sobie na rękę, nalewam na to nieco ciepłej wody, lekko pocieram dłońmi, tworzą się "mydliny" i tą całością myję twarz. Idealny, ekologiczny, niechemiczny, zdrowy peeling - mydło. Oczywiście najlepiej byłoby na kwadrans przed kąpielą / prysznicem namoczyć garstkę płatków w miseczce, ale akurat na to zawsze szkoda mi czasu. To jest... po prostu zapominam:-)
Bardzo polecam płatkowe mycie, skórka gładka jak pupa niemowlaka:-) 

A do peelingowania całego ciała polecam także, poza płatkami owsianymi, fusy z ekspresu do kawy. Albo kafeterki. Albo i z kubka wprost, jeśli ktoś pija sypaną. Mieszamy one fusy z odrobiną płynnego miodu i wułala!:-) mamy boski peeling. Tani, zdrowy i ponoć ogrrrromnie antycellulitowy. A przy tym jaki ekologiczny. 

Hmm... Moje zapędy do dygresji się odezwały:-) Tem bardziej chyżo wracam do garów!


Surówka z surowego buraczka
na 2 porcje potrzebujemy:

- 1 duży, ale najlepiej młody burak surowy (ale może być i starszy, choć trudniej pokroić)
- naprawdę duży pęczek koperku (może być i mrożony)
- 2 -3 ząbki czosnku
- pieprz świeżo zmielony
- 1 -2 łyżki oleju rzepakowego lub innego, byle nie oliwa, bowiem zabierze smak buraczka

Obrany burak kroimy na niteczki - słupeczki julienne. Można to uczynić specjalną obieraczką do warzyw typu julienne, a można też po prostu najpierw pokroić buraczek w cieniutkie plasterki, a następnie owe plasterki w cieniutkie paseczki. Robiłam tak przez kilka lat, nim stałam się dumną posiadaczką obieraczki julienne (całe 18 złotych polskich). Moja znajoma posiada specjalną końcówkę do robota, która w takie niteczki - słupeczki kroi warzywa. To po prostu rozkoszna rozpusta! Póki co uzbrajam się w rękawiczki (jeśli pamiętam), fartuch i ciacham moją obieraczką i już.
Pocięty buraczek wrzucamy do miski, dodajemy koperek, przeciśnięty przez praskę czosnek, nieco soli, pieprzu sporą ilość, olej i mieszamy. Pieprzu dodajemy taką ilość by zgubić słodycz buraka.
To jedna z moich ulubionych surówek! Niestety nieco brudząca, ale tak pyszna:-)


Ale zgłodniałam! W lodówce mam jeszcze kilka kotletów z poniedziałku. Zaraz się odgrzeje dwa, podpiecze bułeczki, zafasuje do nich co trzeba i mamy z Mamą pyszny obiad! Mniam:-)


Smacznego życząc, pozdrawiam jesiennie i ciepło:-)
Edyta z Kubkiem Kawy




środa, 1 października 2014

Sałatka na Światowy Dzień Wegetarianizmu

Zmęczenie materiału po wyprawie po zdrowie do Katowic nastąpiło niewielkie
choć i baterie życiowe zostały doładowane uhahanym po pachy czasem podróży
i
moc energii dającą wizytą
 u naszej Przewspaniałej Rodziny
i stąd
niniejszym
krótki
bezprzecinkowy
jednozdaniowy wpis
przepisem
z okazji
Światowego Dnia Wegetarianizmu
na bardzo szybką
pyszną
wielowitaminową
wiele dobra dającą

sałatkę z kalafiora i fasoli



Ingrediencje sałatki są następujące:

1 naprawdę mały SUROWY kalafior rozdrobniony na różyczki, na małe kawałki
1 solidny, ale szczupły, ogórek pokrojony (bez pestek, ale najlepiej ze skórką) w średniawą kosteczkę
1 puszka czerwonej fasoli - odsączona i przelana zimną wodą
ok. 1/3 do 1/2 kubeczek posiekanego kopru (oczywiście może być mrożony)
ok. 2 - 3 łyżki majonez
1 - 2 ząbki czosnku, przeciśnięty przez praskę
sól, pieprz

Warzywa wrzucamy do miski, mieszamy z majonezem, przyprawiamy i WUŁALA!
Pysznościowa pyszota!
Światowy Dzień Wegetarianizmu i ja polecamy bardzo:-)


Z jesiennym uściskiem
(a jesieni w podróży moc wielką nawchłaniałam, poprzez osmozę rzecz jasna:-))
Edyta z Kubkiem Kawy


środa, 17 września 2014

Zielono mi i żółto...

Cały wczorajszy dzień, podśpiewując wesoło, choć jednocześnie nieco nostalgicznie, "addio pomidory, addio ulubione, słoneczka zachodzące...", spędziłam w towarzystwie cukinii. 

A tak w ogóle, na początek ostrzegam, że nigdy do końca nie jestem pewna kto jest cukinią, a kto kabaczkiem. Czasem pamiętam, że kabaczek jest żółty, a cukinia zielona. A może na odwrót... A może w ogóle to tak nie jest i zarówno kabaczki, jak i cukinie, mogą być w obu kolorach... Hmmm... Umówmy się, że dla potrzeb niniejszego cukiniowego wywodu świat podłużnych dyniowatych dzielimy na cukinie żółte i cukinie zielone. Może tak być? 
Chociaż... Chociaż dźwięk słowa "kabaczek" mieści w sobie tyle przytulności, czułości i ciepła, a "cukinia" takie proste i rzeczowe warzywo w wybrzmiewaniu jest... 
No, ale trudno. Niech będzie cukinia i już.  




A więc wczoraj w rondlu z grubym dnem radosne, powolne bul, bul, bul wydawała z siebie, zdecydowanie altem, żółciuchna cukinia. Zaś w garnku obok, słynny działkowy kwartet - ziemniaczek, cebulka, groszek i primadonna cukinia zielona - koncertowały w sosie własnym z dodatkiem sera pleśniowego w finale. Dzień był więc przyjemny, pogodny i, rzec by można, owocny, gdyby nie to, że owoców było między nami tyle co kot napłakał, czyli jedynie dwie cytryny. 

Tyle tytułem wstępu. Przejdźmy do bliższego zapoznania się z repertuarem na cukinie i warzywa pozostałe.



Zacna konfitura z żółtej cukinii

Moja Mama twierdzi, że ta konfitura jest pyszna i zacna. Nie poświadczę osobiście, nie jadłam, żelatyna, ale kolor i zapach.... Już to jest poezją i to mi wystarcza.




Potrzebujemy:
- 5 kg cukinii zważonej już po obraniu i wypatroszeniu (u mnie było to 7 średniej wielkości sztuk)
- 1 kg cukru (choć ja daję zawsze o 1/3 mniej niż poleca jakikolwiek przepis)
- 4 galaretki cytrynowe
- sok i skórka z 2 cytryn

Cukinię ścieramy na oczkach jak na buraczki. Dusimy na małym ogniu bez żadnych dodatków przez ok. 2 godziny, tak by był miękka. Dodajemy galaretki, cukier, sok i skórkę z cytryn i dusimy jeszcze 1/2 godziny. Przekładamy w słoiczki i pasteryzujemy 10 minut. 

Trzymana w temperaturze pokojowej ładnie się smaruje. Trzymana w lodówce ma konsystencję podobną galaretce. 


A teraz już występ cukinii w komplecie z dodatkami w większej ilości czyli...


Zupa z cukinii zielonej




Potrzebujemy:
- 1 dużą młodą cukinię, lub 2 średnie, lub 4- 5 małych
- 1 mała cebula
- 2 średnie ziemniaki
- 1/2 do 1 całej szklanki mrożonego groszku (opcjonalnie)
- ok. 1 litra bulionu warzywnego
- 50 do 100 g sera pleśniowego typu gorgonzola (czyli np. też nasz Lazur czy Rokpol)
- garść uprażonych pestek dyni

Cukinie, ziemniaki, cebulę obrać i pokroić w średnią kostkę, nie za małą. Jeśli cukinia ma twardą skórę to oczywiście obrać, jeśli duże, dojrzałe pestki to wypatroszyć. Podsmażyć to na oleju przez jakieś 10 minut. Zalać bulionem tak by tylko przykryło warzywa i gotować ok. 10 minut. Dodać groszek i gotować jeszcze 5 minut. Zdjąć z ognia, dodać ser i zmiksować. Przyprawić. Jeśli zupa wychodzi zbyt gęsta, dodać nieco bulionu.
Podawać posypane pestkami dyni.
Można także podawać wykładając na wierzch zupy ugotowaną na parze cukinię pokrojoną w kostkę. I posypać pestkami dyni lub nie posypywać.

Po jakimś drugim gotowaniu owej zupy zaczęłam ją oczywiście robić na oko, zamieniając przy tym małą cebulę na maleńką, malenieczką cebulkę, bo jakoś tak mi bardziej smakuje. Czasami gotuję bez groszku, czasami dodaję go więcej, czasem bez ziemniaków, raz bez sera, zależy co tam w koszyku czy w lodówce znajduję. Czasem dodaję posiekany świeży rozmaryn lub bazylię. 

Zupa naprawdę pysznościowa. I ogromnie, ale to ogromnie sycąca. Bardzo polecam i mam nadzieję, że zasmakujecie w niej tak, jak mi się to przytrafiło. 

Cukiniowy dzień za mną. Dziś były jabłka prużące się i pachnące przy tym cynamonem. I jeszcze dżem z malin z papryczką chilli. Mniam... 

A poza tym... Jeśli idzie o wczoraj... Czasami przychodzą do człowieka takie małe - wielkie niespodzianki... I nawet jeśli te niespodzianki nie są tak niespodziewane to człowiek się cieszy, cieszy, i cieszy, i znowu cieszy, i jeszcze cieszy. I ponownie cieszy.
A było to tak...
Jakiś czas temu wzięłam udział w plebiscycie - głosowaniu wydawnictwa Świat Książki na cykl "Kolekcja 20 lecia Świata Książki". Poklikałam, poprzyciskałam i powzdychałam, że może mogłabym wygrać jedną z kilku głównych nagród i w konsekwencji otrzymać ową kolekcję... Minął dzień, tydzień, miesiąc, a może nawet dwa i jak się pewnie spodziewacie pewnego dnia otrzymałam pięknego maila! Ja się nie spodziewałam, a nawet zapomniałam. Mail ładnie zatytułowany "Wygrana w plebiscycie Świata Książki". Będąc pewną, że to lista zwycięzców beze mnie i do ogólnej wiadomości, bez żadnych palpitacji kliknęłam. A tu TA DAM!!! Radość, przyjemność, wiwaty! Wygrałam! Ale radość moja trwała przez pierwsze zdanie! W drugim zdaniu minęła, a raczej zmniejszyła się... Otóż traf chciał, że wygrałam jedną jedyną nagrodę specjalną i był to wyjazd do SPA na weekend. Jestem niewdzięczną i może nieco nienormalną norką, ale żal mój był wielki, oj wielki. Pojechać z przyjemnością bym pojechała. Oddała się przyglądaniu, innym niż zachodniopomorskie terytorium, okolicznościom przyrody. Ale te książki... Te 20 tomów... Serce zabolało. Pomijając fakt, że... Ale nieistotne jakieś inne "że" i inne "za", i "przeciw".  Koniec końców, z głębi tego żalu, zbierając w pakiet wszystkie "przeciw" odpisałam na mail, dziękując za nagrodę. I po kilku minutach kolejne TA DAM!!! I to takie TAM DAM!!!!! z wielkim hukiem i echem na całe mieszkanie! Zamieniono moją nagrodę specjalną na nagrodę ... "normalną":-) czyli główną!!! W tenże sposób, i przez dalszy ciąg wydarzeń, od wczoraj jestem posiadaczem pierwszych 6 tomów 20 tomowej kolekcji! I także przyszłym posiadaczem pozostałych 14 tomów, które przybędą do mnie z czasem. Jest tu i Pilch, i Hanna Krall, i Odojewski, i Bocheński, i Nowakowski... Nie są to nowości, nieco z nich przeczytałam, ale zawsze marzyło mi się je mieć. Może to małostkowe, ale marzyło mi się i już.
No czy czasem życie nie potrafi być przyjemne? I pozytywnie zaskakujące? 




A jakie piękne wydanie. I powiedziałabym, że zaskakujące. Twarda oprawa we wszelkich odcieniach czarnego i szarości na dużej ilości bieli otulona jest w kolorowe, maziane, przezroczyste plastikowe obwoluty. Przyznam, że pierwszy raz coś takiego widzę i robi to spore wrażenie.

A zapach papieru i druku... Mmmmmmmmm... Naprawdę małe przyjemności mają wielką moc. 




Po tylu żółciach i zieleniach cukiniowych, po tylu ochach i achach książkowych, chyba mi się słowa skończyły. Zużyłam przydział na dzisiaj, więc tylko...

Pozdrawiam bardzo jesiennie,
bardzo pod-kuchennie,
bardzo książkowo,
bardzo wieczornie
i
bardzo serdecznie:-)

Edyta z Kubkiem Kawy





środa, 30 lipca 2014

Czekając na jesień

"Ludzie, czekający w życiu na coś, dzielą się na dwie kategorie: na tych, którzy wiedzą, na co czekają, i na tych, którzy tego nie wiedzą, a tylko czekają." 
                                                                                           Leopold Tyrmand

Często, jak z pewnością każdy z Was, na coś czekam. A przy tym, jak z pewnością każdemu z Was, przytrafia mi się czasem jako cel czekania, koniec czekania COŚ nie do końca zdefiniowanego, COŚ nie do końca opisanego, przeczuwanego, a może COŚ niedookreślonego... Jednak jeden cel czekania od zawsze jest dla mnie pewnikiem... Jesień.

Nie jest tajemnicą, że wielbię jesień. 
Gdybym mogła wpadałabym z radosnym impetem w każdy ekscytująco szeleszczący, złocistoburoczerwony stosik liści pod każdym drzewem. I dokładnie tak, jak nasza Basta w środku zimy wbiegała w zaspy i radośnie tarzała się w śniegu, tak i ja tarzałabym się pośród liści klonów, dębów, akacji. Totalny jesienny odlot! 
Gdyby zdarzyło się, iż zmuszona będę rozważać emigrację, czego nigdy dotąd nie czyniłam... poza, rzecz jasna, emigracją wewnętrzną... Tę zdarza mi się praktykować i to z pełnym oddaniem. A więc, gdybym rozważała inną, poza duchową, emigrację, to na mapie zaznaczyłabym jedynie te miejsca, gdzie jak najczęściej jest chłodno, chłodnawo, zimno, zimnawo i dżdżyście, i mgliście, i deszczowo. Bo to musi być takie miejsce, gdzie przez 365 dni w roku jest JESIEŃ... Ostatecznie może być także czasem wiosna, a czasem jesień. Z naciskiem na JESIEŃ oczywiście.

Na szczęście do jesieni już tak blisko. Już od kilkunastu dni wieczorami koncertują świerszcze... Już nawet pierwsze liście spadają z drzew... I jeszcze tylko chwila a przyjdzie czas na pierwsze śliwki... Potem tylko patrzeć a, trzask prask!!, nadejdą wietrzne i zamglone zmierzchy, poranne zawiesiste mgły i powietrze zapachnie jesienią... Gdybyście nie usłyszeli, w tym miejscu wzdycham rzewnie i tęskno...

No, ale koniec z tymi pseudorefleksjami! Żenada i rozpacz. Czyli dno. Czas przejść do sedna sprawy, do konkretów czyli do garów. Na tym jednak nieco lepiej się znam. Oczywista, gdzież mi tam do mojej Mamy, Mistrza Garów Pierwszej Klasy! Gdzież mi! Oczywista! Jednak jako podkuchenna też czasem coś tam zjadliwego w garze nawarzę.

Dziś, tak tęsknie czekając na jesień, a przy tym czekając mocno, a mocno na podgrzybki!!!!, uwarzyłam takie oto...


Wykwintna Zupa z Grzybów
(to nie moje nazwanie, a tytuł onej zupy z książki "101 dań dietetycznych")




Potrzebujemy:

- 1/2 litra bulionu warzywnego
- 1/2 kg pieczarek, najlepiej małych
- 30 g (spora garść) suszonych grzybów, najlepiej podgrzybków
- 3 - 4 ząbki czosnku
- 1 łyżka oleju
- 100 ml śmietanki 12 % (ale może też być po prostu mleko)
- pęczek zielonej pietruszki

Suszone grzyby zalewamy wrzątkiem, tylko tak by je woda zakryła. Gotujemy na małym ogniu 15 - 20 minut. Odcedzamy, wylewając wywar do kubka, będzie potrzebny. Grzyby po przestudzeniu kroimy w paski.
Kroimy surowe pieczarki w dość cienkie plasterki, wzdłuż grzybka.
Do garnka wlewamy olej, podsmażamy na nim lekko starty lub posiekany drobno czosnek. Wlewamy bulion, doprowadzamy do wrzenia, wrzucamy pieczarki i gotujemy ok. kwadransa. Dodajemy grzyby suszone oraz wywar z nich. Gotujemy jeszcze 5 minut.
Zdejmujemy z ognia, dodajemy śmietankę (lub mleko), sól, pieprz oraz duuuużo posiekanej natki pietruszki.

Można jeść z bułką, grzanką lub dodając nieco makaronu. Choć wówczas nie będzie już tak dietetycznie, jak zakłada to książka, z której przepis. 

Jak dla mnie, idealna zupa gdy czeka się na jesień. A jak idealna jesienią, to oczywiste!
Mam nadzieję, że Wam także, jeśli nawet nie zasmakuje po uszy, to choć posmakuje.


Pozdrawiam najbardziej chłodno, jak to tylko możliwe i NIECH CHŁÓD BĘDZIE Z WAMI!
Podkuchenna Edyta z Kubkiem Kawy



poniedziałek, 17 marca 2014

Po pierwsze, drugie...

Będzie krótko i na temat. To znaczy, postaram się, by było krótko i na temat. Czy się uda?

Po pierwsze!
Małą zgaduj - zgadulę zajęczą o stąd (KLIK), wygrała Małgosia, która ciągle szydełkuje. Małgosia obstawiała, że wycięłam 750 par zajęczych uszu i tym samym była najbliżej liczby 908, bo tyle właśnie par uszu naciachałam.
Małgosiu, kartki wyślę lada chwila.

Po drugie!
Ile to jest "mnóstwo"? Jaka to liczba? Tak sobie myślę, że to gdzieś bardzo blisko owych 908, prawda? A właśnie takie "mnóstwo" podała miszmaszowa Joolaa. A że lubię takie liczebniki nie do policzenia:-) to bardzo Cię proszę Jooluu, o adres dla wysłania małej niespodzianki. Jeśli oczywiście chcesz?

Po trzecie!
Dziś rano dostrzegłam w kalendarzu w kuchni, że zbliża się Dzień Bez Mięsa!
Jak można świętować w taki dzień, każdy się pewnie domyśla. Troszkę tylko pomogę - tak byście 20 marca, skoro świt, mogli  zacząć radosny, bezmięsny dzień - podając przepis na przeprzeprzepyszny, wysokobiałkowy, prosty i szybki w wykonaniu...


Pasztet z soczewicy




Potrzebne będzie:
- 200 g czerwonej soczewicy
- 4 średnie marchewki (lub 2 marchewki i pół dużego selera) 
- 1 duża cebula
- 3 jajka
- 2 -3 ząbki czosnku
- 4 łyżki oleju
- sól, pieprz
- opcjonalnie curry lub majeranek

Soczewicę gotujemy do miękkości i odsączamy, i nic więcej z nią nie robimy. Także przed gotowaniem nie trzeba jej namaczać, więc i ten "trud" odpada. 
Marchew, i ewentualnie seler, obieramy i ścieramy na tarce na dużych oczkach. Jeśli damy 4 marchewki pasztet będzie nieco "słodszy", jeśli 2 marchewki i pół selera - nieco ostrzejszy. Cebulę kroimy w drobną kostkę. Czosnek przeciskamy przez praskę. Wszystkie warzywa smażymy na oleju na średnim ogniu.
Wszystko odstawiamy na chwilkę by nieco przestygło.
Łączymy podsmażone warzywa z soczewicą, wbijamy jaja, doprawiamy i dokładnie mieszamy. Masę przekładamy do wyłożonej pergaminem foremki - keksówki. 
Pieczemy w nagrzanym do temperatury 190 stopni piekarniku, bez termoobiegu, przez ok. 40 - 45 minut.
Po wystygnięciu pięknie się rozsmarowuje na chlebie, przechowujemy w lodówce.



Po czwarte!
Smacznego życzę!

Po piąte!
Pozdrawiam poniedziałkowo, życząc miłego i spokojnego tygodnia:-)
Edyta z Kubkiem Kawy




czwartek, 13 marca 2014

Przepisy na szczęśliwy brzuszek

Mówiliście w dzieciństwie, aż do zakręcenia języka i głowy: "ząb, zupa zębowa, dąb, zupa dębowa, ząb, zupa zębowa, dąb, zupa dębowa, ząb..."?

Nie wiem jak Wasz, ale mój brzuch jest najszczęśliwszy, gdy ma przed sobą talerz zupy. 

Och, oczywiście uwielbia on pierogi, koniecznie z kaszą gryczaną. Uwielbia on pasztet z soczewicy z odrobiną pieczarek. Uwielbia on kawę z odrobinką mleka. Uwielbia on... I tak bez końca, choć na sam koniec należy wymienić miłość mojego brzucha do Milki. I czekolady Lindt. I szczypiorku! Na naszych parapetach zielono już, a na moim talerzu RADOŚNIE zielono! 

Jednak zupy wszelkie... Och, talerz pysznej zupy jest lepszy od seksu i poezji francuskiej w oryginale razem wziętych. (Mam nadzieję, że nie czytacie tego przed 22.00, bo wtedy narażam się na zarzut nieobyczajne go zachowania. Oczywiście odnośnie wzmianki o seksie, nie o francuskiej poezji. Chociaż... )

Mogę jeść zupę na każdy posiłek. No, może poza śniadaniem. Co prawda, kłóci się to ze zdaniem, które kiedyś gdzieś wyczytałam: "Dżentelmen nigdy nie je zupy na lunch". Było to w Anglii tak popularne powiedzenie, że aktualne jeszcze ponoć w XX wieku. A ojciec któregoś ze słynnych angielskich architektów dawał mu radę na dorosłe życie: "Synu, są trzy  kategorie mężczyzn, którym nigdy nie wolno ufać: to ci, którzy polują na południe od Tamizy, ci, którzy  jedzą zupę na lunch i ci, którzy pomadują wąsy".

Jest taka stara chińska przypowieść z zupą w roli głównej. Pewien człowiek zapytał Boga, jak wygląda niebo i piekło. Bóg pokazał mu bajeczną krainę, spokojną, ciepłą, w której było pod dostatkiem pysznej zupy. Jej mieszkańcy, mimo tego, cierpieli wielki głód, gdyż łyżki, które mieli były dużo dłuższe niż ich ramiona i nie potrafili sięgnąć nimi do ust. "To jest piekło", powiedział Bóg. Potem pokazał inną krainę, równie bajkowo piękną, spokojną i ciepłą, i także z dostatkiem pysznej zupy w niezliczonych garnkach i miskach. Mieszkańcy tej krainy także byli uzbrojeni w łyżki dłuższe od swoich ramion, ale mimo tego byli szczęśliwi, bo byli syci, karmiąc się zupą, przy pomocy owych długich łyżek, nawzajem. "A to jest raj", powiedział Bóg do człowieka.  

W naszej kuchni każdy ma swoją specjalizację. Tak ogólnie, jak i odnośnie samych zup. Moja Mama jest wysokiej klasy specjalistą od pierogów wszelakiej zawartości, ja piekę calzone. Moja Mama robi boskie makowce i ciasta drożdżowe, a mi całkiem zjadliwie wychodzą torty orzechowe, serniki i inne takie tam. W krainie zupowej, moja Mama gotuje boską grochówkę bezmięsną i takąż fasolową. A czerwony barszcz mojej Mamy z bobem to czysta poezja. A pomidorowa z kluskami lanymi. I jeszcze groszkowa, z nóżką brokułową w roli ziemniaków... O zupach maminych mogłabym tak bez końca. Gotuje ona tak pyszne zupy, że ja ośmielam się pichcić ich jedynie kilka. A więc flaczki sojowe (przepis tutaj KLIK), a więc zupę krem z groszku i mozarelli (przepis tutaj KLIK), zupa z soczewicy (przepis tutaj KLIK), a więc brokułową, pomidorową i paprykową. Kiedyś wytworzyłam szpinakową, co do której miałam wielkie nadzieje, ale okazała się być w smaku tożsama ze szczawiową... Wielkie rozczarowanie dla mnie, a olbrzymia radość dla rodzicielki.
Moje zupowe poszukiwania ciągle w toku. Szukam właśnie wśród garnków, metodą prób i błędów, oczywiście także metodą szperania w książkach, gazetach i internecie, idealnego, boskiego przepisu i smaku zupy z białych warzyw, a wiec selera, pietruszki, kalafiora i tak dalej. Na razie najlepiej wychodzi z kozim serkiem, ale to jeszcze nie to...  

No, ale dosyć czczej paplaniny, czas do garów! 


Zupa - krem brokułowa 


Przepis na brokułowy krem dostałam od pani magister od polskiego z Poznania. (Przyznam Wam, że gdy pisze każdą literkę i myślę sobie, że może Magda to przeczyta, natychmiast robię wiele błędów różnego rodzaju... Strach straszna rzecz!)

Dla 4 osób potrzebujemy: 
- 3 niezbyt wielkie ziemniaki
- 1 duży brokuł, bez nóżki
- 1 -2 łyżki słodkiej śmietanki
- sól, pieprz

Obrane i pokrojone w grubą kostkę ziemniaki wrzucamy do garnka i zalewamy wrzątkiem, tak by tylko przykryła ziemniaki. Gdy ziemniaki są średnio miękkie, wrzucamy brokuł rozerwany na różyczki, dolewamy w miarę potrzeby wrzątku, tak by warzywa były nie do końca zalane wodą. Gotujemy jeszcze, pod przykryciem, z 3 - 5 minut, do miękkości warzyw. Blenderujemy. Wlewając do miseczek, dekorujemy łyżką śmietanki. Można poszaleć i udekorować piękną poduchą z lekko posolonej ubitej tłustej śmietanki. 

To ulubiona zupa mojej Mamy, która często wrzuca sobie do niej makaron - kokardki. 


Zupa - krem z pomidorów 


Przepis wypatrzyłam wieki temu gdzieś w internecie, ale gdzie... Oczywiście, przez lata, nieco go zmodyfikowałam. I tak...

Dla 4 - 6 osób potrzebujemy:
- 3 średnie marchewki
- 1 średnia pietruszka
- pół sporego selera
- z 10 cm pora lub średnia cebulka
- 3 liście laurowe zwane u mnie w domu listkiem bobkowym
- 3 ziela angielskie 
- 2 łyżki pasty lub koncentratu pomidorowego
- puszka (400 gram) pomidorów bez skórki
- łyżka oleju 
- sól, pieprz do smaku, szczypta cukru
- opcjonalnie ćwierć kubka soku pomarańczowego, do ewentualnego rozrzedzenia zbyt gęstej zupy

Marchew, pietruszkę, seler, por obieramy, kroimy w duże kawałki (taką spooorą kostkę) i zalewamy litrem zimnej wody, dodajemy ziele i liście. Ja bardzo lubię w tej zupie lekki posmak selerowy, więc daję sporo selera, więcej niż jego połowa. Dla wielbicieli słodszych zup polecam, miast średnich, większe marchewki. Warzywa, po zagotowaniu wody, pichcimy na małym ogniu do niemal miękkości, ok. 15 minut. Wyciągamy z garnka liście laurowe i ziele angielskie. Wrzucamy zawartość puszki z pomidorami, dodajemy koncentrat pomidorowy. Zagotowujemy i gotujemy na małym ogniu jeszcze 5 minut. Przyprawiamy, dodajemy łyżkę oleju (żeby był pożytek z witamin przeróżnych z warzyw) i zdejmujemy z ognia, miksujemy. Jeśli zupa jest dla nas nazbyt gęsta, dolewamy po odrobinie sok pomarańczowy. Wtedy zupę trzeba jeszcze raz zagotować. 

Zupa jest naprawdę boska. U nas jada się ją tak gęstą, jaka wychodzi bez dodawania soku pomarańczowego. Podaję ją z ryżem brązowym lub z makaronem (to ulubiona wersja Mamy, wielbicielki makaronów). Pyszna jest też sama w sobie, z odrobinką koziego sera na "czubku". 

Z zupy tej robię także sos do makaronu. Wówczas najpierw smażę wielką cebulę, pokrojoną w grubą kostkę. Po jej zeszkleniu w głębokiej patelni, dodaję kubek zupy - kremu pomidorowej oraz pół puszki zielonego groszku. Wszystko podgrzewam mocno, a mocno, dodaję przyprawy typu tymianek, bazylia i tak dalej, i sos do makaronu gotowy. 

W ogóle to jest taka zupa, z której można zrobić kilka innych dań. Poza sosem do makaronu służy mi także za zalewę do zapiekania makaronu (wielkich rur) ze szpinakiem a także baza do zupy z papryki. Zawsze gotuję ją z dwóch porcji, trzymam w lodówce i przez kilka dni, poza jedzeniem jako zupy pomidorowej właśnie, stanowi bazę innych działań kuchennych.  


Zupa - krem z papryki


A ten przepis wyszperałam w "Kuchni". I oczywiście zmodyfikowałam... takie moje zboczenie:-)

Dla 4 - 6 osób potrzebujemy:
- 4 papryki czerwone
- 2  i 1/2 kubka zupy - kremu z pomidorów + ewentualnie odrobina przegotowanej wody 
  lub kubek pasty pomidorowej i 2 kubki bulionu warzywnego 
- 3 ząbki czosnku
- papryczka chilli lub odrobinka pieprzu cayenne, lub też na końcu łyżeczki pasty harissa (pasta z ostrych papryczek chilli), lub pełna łyżeczka ostrej papryki w proszku
- łyżeczka słodkiej papryki w proszku
- oliwa
- sól, pieprz

Pokrojoną w kostkę cebulę smażymy na złoty kolor, dodajemy pokrojone w kostkę paprykę, papryczkę chilli (lub jej zamienniki), łyżeczkę słodkiej papryki i przeciśnięty przez praskę czosnek. Przez chwilkę smażymy, po czym dodajemy ok. pół szklanki przegotowanej wody i dusimy na małym ogniu przez 15 minut. Zdejmujemy z ognia i blenderujemy. Dodajemy zupę - krem z pomidorów lub jej zamienniki, stawiamy na ogień i gotujemy na małym ogniu, pod przykryciem, 5 minut. Jeśli zbyt gęsta dodajemy nieco przegotowanej wody. Przyprawiamy, oczywiście uważając na już istniejącą ostrość zupy. 
Podajemy z grzankami z serem gorgonzola lub kozim. U nas jada się najczęściej grzanki z chleba razowego, ale bywają i z bagietki. 

Polecam serdecznie każdą z zup. Pyszota, że ho ho ho ho ho! I jaka szybka pyszota! Może moje zdjęcia nie oddają smakowitości... Jakoś niespecjalnie wyszły. Blado, smutno... Zwłaszcza te grzanki... Ale to naprawdę pysznościowe zupy!

Słyszy się czasem, że "dobre maniery to hałas, którego nie robisz przy zupie" (Bennet Carf), ale niektórzy czasami jadają zupę po japońsku. "Mamo, siorbiesz..." "Inaczej nie da rady. Za dobra zupa. Po prostu chwalę kucharza." Grunt to uśmiech przy zupie. Bez tego nawet najlepsza zupa gorsza od łyżki dziegciu. 

Aaaaa! A jeśli już o szczęśliwych brzuszkach... Moja Sąsiadka Zza Ściany Mieszkająca w Irlandii, i wbrew pozorom w tym sąsiedztwie wcale nie przeszkadza, że ja nieustająco mieszkam nad Iną, dopływem naszej piastowskiej:-)) Odry, a Basia mieszka za małą wodą... Nadal jesteśmy sąsiadkami! No więc moja sąsiadka Basia wystawiła zdjęcie swojego PODWÓJNIE szczęśliwego brzusia na konkurs fotograficzny. W zasadzie można powiedzieć, że jest to nie tyle samo brzucho, ale zdjęcie rodzinne:-) 


Czaderski zestaw obuwia, prawdaż? Jeśli znajdziecie chwilkę i macie ochotę na małe kliknięcie to proszę o KLIKU KLIK! i zagłosowanie na zdjęcie Basi. 

Pozdrawiam wszystkie szczęśliwe brzuchy!!!
POŻERACZE ZUP WSZYSTKICH KRAJÓW ŁĄCZMY SIĘ!

No to znikam do karkochałturniczych działań okołowielkanocnych
Edyta z Kubkiem Kawy

czwartek, 27 lutego 2014

Mini wykład o maksi sprawie

Och, gdzie mi tam do profesora Kołakowskiego. Och, gdzież! Ja nawet kropek i przecinków nie byłabym godna stawiać w jego pracach! 
Ale co, jak co, ale Pączek nie tylko wart jest mszy! Nie tylko królestwo za Pączka! Nie tylko, że Pączek wart jest grzechu! Ale Pączek jest także wart mini wykładu, bo taki Pączek to wszak maksi sprawa! Co prawda profesor Kołakowski nie lubił jedzenia, nie lubił w ogóle jeść i konieczność spożywania czegokolwiek uważał za zło konieczne. Stąd pewnie ni słowa o Pączku w jego pracach... A szkoda... Wystarczy jednak, że napisał i powiedział moc mądrych rzeczy, wobec czego brak słów o Pączku wybaczyć łatwo  i... samemu wziąć się za...

Mini Wykład o Maksi Sprawie
a więc
Słów Kilka o Jego Wysokości Pączku!

"Gdy uderzył wielki dzwon,
objął w świecie pączek tron.
Król przez wszystkich ukochany,
piękny, pulchny i rumiany,
W brzuszku wprawdzie miał on dziurę,
lecz w tej dziurze konfiturę.
Okazale i wspaniale siadł Król Pączek na krysztale;
A wokoło jego dworki, wysmukłe i kruche faworki,
Na półmiskach legły szynki i kanapki i tartynki.
Co za hałas, co za gwar! Tańczy chyba ze sto par.
Bo za króla Pączka hula nawet dziadziuś i babula...
Świat się cały w kółko kręci, tańczy, hula bez pamięci."

                                                                                        J.Mączyński "Losy króla pączka"

Pączek, jaki jest, każdy widzi. Gdyby jednak zdarzył się nieszczęśnik - oj nieszczęśnik to wielki! - nie wiedzący, co zacz Pączek, oto krótki kurs obrazkowy:








Skąd przyszedł do Polski Pączek? Nie wiadomo, ale być może z Turcji, a może z Wiednia. Pewne zaś jest to, że zadomowił się u nas już wieki temu i miewa się cały czas jako ten Pączek w maśle!
A już w Tłusty Czwartek to już króluje, że ho ho! "Kurier Warszawski" w 1829 roku wyliczył, że cukiernie warszawskie wysmażyły i sprzedały w Tłusty Czwartek ponad 45 tysięcy Pączków, a trzy razy więcej usmażono ich w kuchniach domowych.

W drugiej połowie XIX wieku niemiecki dziennikarz obwieścił w "Danziger Zeitung" i "Schlesische Zeitung", po wizycie w Warszawie i małym tourne po jej cukierniach, że Pączki to "specjał godny salonów, łagodnie rozpływający się w ustach, cudowny amalgamat jajek, masła i kremowej śmietanki...".

Jeśli już jesteśmy przy słowie pisanym, koniecznie trzeba wskazać na Pączek, jakim widział go w swoich czasach Jędrzej Kitowicz, o czym nakreślił słów kilka w "Opisie obyczajów": "Staroświeckim pączkiem trafiwszy w oko, mógłby je podsinić, dziś pączek jest tak pulchny, tak lekki, że ścisnąwszy go w ręku, znowu rozciąga się i pęcznieje, jak gąbka do swojej objętości, a wiatr zdmuchnąłby go z półmiska". I jak to brzmi? Jak ideał pączka... Marzenie nieustraszonego pączkożercy...

W Tłusty Czwartek oczywiście jadać można , wedle tradycji, wiele różnych potraw. I tych słodkich, i tych mięsnych, a wszystkie mogą być rozpustnie pyszne, rozpustnie rozkoszne. "Tłusty Czwartek jest dniem uprzywilejowanym u Polaków do biesiad zapustnych, na których muszą być u możniejszych pączki i chrust czyli faworki, chruścik, a u ludu reczuchy, pampuchy..." pisał drzewiej Gloger. Nie poczuwam się do możniejszych:-), ale dziś stawiam wyłącznie na spotkania z Jego Wysokością Pączkiem! A co!

Na koniec mini wykładu o Pączku, załączam ulotkę autorstwa Światowej Organizacji Żywienia, wydaną specjalnie dla obywateli Rzeczypospolitej Polskiej, odnośnie zalecanego spożycia Pączków w Tłusty Czwartek. 




Od siebie zaś, by sprostać powyższym wymogom narzuconym przez światową organizację, przedstawiam przepis na cudownie puchate, lekkie, delikatne Pączki. Niestety bezmarmoladkowe oraz OCH! OCH! bezlukrowe, ale mimo tego  p r z e p y s z n e. Mimo tego boskie! A więc...


Pączki ziemniaczane

Składniki:
- 1 kg mąki 
- 1 kg ziemniaków ugotowanych i utłuczonych lub zmielonych, koniecznie ciepłych, ale nie bardzo gorących
- 1 kostka (250 g) margaryny  
- 10 dag drożdży
- 4 jaja
- 1/2 szkl. cukru
- cukier puder do posypania Pączków

Margarynę rozpuścić, nieco przestudzić, dodać cukier, rozkruszone solidnie drożdże, ciepłe ziemniaki, mąkę i jajka. Wszystko porządnie wyrobić. Formować małe kulki, wielkości niezbyt małego orzecha włoskiego, odłożyć na 5 - 10 minut do wyrośnięcia, ale nie jest to konieczne. Smażyć na średnio głębokim tłuszczu, mocno rozgrzanym oleju. Odsączyć na papierze. Po wystudzeniu posypać cukrem pudrem. 

Pewnie pączki takie są niektórym z Was znane. A jeśli nie, polecam bardzo. Z powyższej ilości wychodzi straaaaaszna fura Pączków. My je pieczemy raz na ruski rok, czyli z jakiś raz w roku właśnie:-) w porywach do dwóch. 

Smacznego! 

W Tłusty Czwartek apeluję podwójnie!

PĄCZKOŻERCY WSZYSTKICH KRAJÓW ŁĄCZMY SIĘ!

CZUJMY SIĘ ZAWSZE JAK PĄCZKI W MAŚLE! 

I udanego, pysznego, słodkiego, rozpustnego, bezmyśleniaokaloriach Tłustego Czwartku życzę! Podobno im więcej Pączków dziś zjemy, tym większe szczęście na cały rok. A więc... PĄCZKUJMY! 

Padam do nóżek i udaję się po pączka:-) drugiego dziś:-) na razie... :-D
Edyta z Kubkiem Kawy