"... kierujemy się na ogół tą maksymką, moc radości wzmacniać smutku odrobinką..." Jeremi Przybora
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uśmiecham się bo.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uśmiecham się bo.... Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2015

Książka w różowej okładce





Książka, która mieszka w moim domu od lat, od 82 roku, więc być może najpierw zobaczyłam film, nakręcony według niej przez Jana Batorego w 76 roku. Choć oczywiście nie jako pięciolatka:-), a z pewnością ładne kilka lat później. (Czy też oglądaliście / podglądaliście czasem "niedozwolone" filmy przez przymknięte drzwi dużego pokoju?)

"Con amore" czytuję sobie na małe i duże smutki. W razie konieczności sięgam do domowej apteczki, gdzie mam pierwsze, dawne części Musierowicz, "Anię z Zielonego Wzgórza", "Błękitny Zamek", cykl James'a Herriota "Wszystkie stworzenia duże i małe", "Czarodziejską Górę" Manna, "Ulicę marzycieli" Wilsona, Vargasa Llosę, Benedykta Chmielowskiego "Nowe Ateny", Irvinga najchętniej "Hotel New Hampshire" i "Con amore" właśnie. Wiem, wiem... dość dziwna i lekko wybuchowa, jeśli ją razem zażywać, mieszanka medykamentów. Jednak człowiek tak już ma, że raz mu potrzebny lek na małą gorączkę, raz na duży ból głowy, a raz na całkowite przegnicie organizmu. I nigdy nie wiadomo, co najszybciej i najlepiej zadziała.

A powieść w różowej okładce zaczyna się od przyjaźni dwóch studentów Akademii Muzycznej w Warszawie, startujących w eliminacjach do kadry narodowej Konkursu Chopinowskiego, wynajmujących wspólnie pokój. Na jeden z koncertów Grzegorz przyprowadza swoją dziewczynę Ewę, w której od pierwszego wejrzenia zakochuje się Andrzej. Zakochuje się tak romantycznie, jak dotąd zdarzyło się to jedynie Don Kichotowi, zakochuje się po ostatnie zakamarki serca. I po sam koniec świata... I właśnie jak Błędny Rycerz, po sam koniec świata, i wszelkimi możliwymi sposobami, walczy o życie Ewy, czekając jednocześnie na jej miłość.
W zasadzie... W zasadzie to myślę sobie, że chyba bezsensem jest opisywanie fabuły książki. Część z Was na pewno zna i pamięta film z Wojciechem Wysockim, Mirosławem Konarowskim, Joanną Szczepkowską i aktorką - amatorką, wówczas studentką polonistyki, która gra Ewę, a która już nigdy więcej nie chciała grać w żadnym filmie. Pamiętacie, prawda? Ci, którzy go nie znają, z pewnością mogą się domyślić, jak przebiegają i kończą się książki w różowych okładkach. Chociaż mam też na swoich półkach książkę w okładce właśnie takiego koloru, a jej tytuł brzmi "Historia kultury rzymskiej", gdzie wykluczone jest jakiekolwiek romantyczne zakończenie.

"Con amore" urzekło mnie, i urzeka pewnego rodzaju spokojem, elegancją narracji. Nie są to, tak popularne i hołubione dziś, krótkie, urywane zdania, a całość nie składa w 4/5 z dialogów, która służą jedynie czczej, choć przyznam, że bywa, iż błyskotliwej, wymianie zdań bez przyczyny i sensu.
U Berwińskiej bohaterowie myślą, podejmują ważkie decyzje, dokonują życiowych wyborów i nie dotyczą one koloru kolejnej pary butów, deseniu sukienki czy przechodzenia szybkim krokiem przez kolejne przygody miłosne. To nie jest świat szybkich karier, przejedzonego do bólu konsumpcjonizmu. Na prywatkach rozmawia się o sile uderzenia prawą dłonią w nokturnie F - dur op. 15  i o tym czy dojść do właściwej interpretacji drugiego koncertu Chopina przez Bacha czy Beethovena, których Chopin bardzo cenił. Oczywiście zwraca się uwagę na drogie dżinsy z Pewexu lub z paczki z zachodu, zakochuje się, przeżywa zawody miłosne, pije wino, ale ma to jakąś inną, łagodną barwę, inny styl.

Jeśli komuś zamarzy się poznać / przypomnieć sobie "Con amore" nie przez książkę, a poprzez film, o którym już wspomniałam, a do którego scenariusz napisała sama Berwińska, to proszę bardzo, oto KLIK do niego. Tylko wcześniej należy sobie przygotować duży kubek herbaty, owinąć się kocem... Gdy tylko zrobię swoje "klik" na publikację wpisu, który właśnie czytacie, to zrobię sobie "klik" na film. Nie widziałam go od dobrych 20 lat i sama jestem ciekawa, jak dzisiaj działa.

Z "Con amore" wypisałam sobie tych kilka zdań:

"Dzisiaj długo (...) rozmawialiśmy o wieloznaczności w sztuce. Jak to dobrze, że znaki w partyturze nie są precyzyjne. Cresendo, forte, vivace, sostenuto... Con amore... - samo w sobie nic nie znaczy, dopiero w kontekście utworu. Zawsze czułem, że sztuka bez wieloznaczności jest płaska. Nie jest w ogóle sztuką. To chyba wynika z najgłębszych źródeł twórczości. Sztuka przecież musi mieć coś z magii, z tajemnicy, z niedookreślenia. Dopiero jak się czuje i wydobywa to niedookreślenie, tę magię, tę tajemnicę - dotyka się sztuki. 
Czy tak samo jest w miłości? Czy też, jak się już   w s z y s t k o   w i e   - to się przestaje kochać? 
Ale czy można wiedzieć   w s z y s t k o  ?  O czymkolwiek?"
                                                                                                          Krystyna Berwińska

Z góry przepraszam za małą romantyczność? przyziemność? obrzydliwą pragmatyczność? tego co za sekundę napiszę.
Babcia Józia, mama mojej Mamy, zawsze powtarzała: "nigdy nie pokazuj chłopu całej dupy", co moim zdaniem idealnie wpasowuje się w powyższy cytat, a dokładnie w jego przedostatnią linijkę. Choć nieco po ludowemu...

Swoją drogą... że też często nie potrafię się pohamować. Często i gęsto. Gdy tylko rzucę szczyptą pięknego słowa, zacytuję coś górnolotnego, zaraz dla równowagi muszę wyskoczyć z jakąś... ni mniej, nie więcej... dupą, na przykład... Jednak nigdy nie będę Anią z Zielonego Wzgórza... Lub choćby Ewą z "Con amore". A bardziej Zośką z tegoż "Con amore". Ech... żyźń sabacza... 

Książkę w różowej okładce polecam Wam dziś za sprawą wyzwania czytelniczego Klucznik u Ami, gdzie jedna z lutowych wytycznych brzmi: "love story".



A teraz zapraszam na to, co tak naprawdę jako pierwsze wpisałam w post. Zapraszam na to, dla czego warto wiele znieść, w tym także czytanie długich wpisów blogowych...

Oto świeżutka i pachnąca, tegoroczna walentynka, która przybyła do nas dwa dni temu z nieodległej Wielkopolski, a dokładnie - z jej stolicy.

Proszę przygotować się na ucztę duchową, ucztę zdecydowanie con amore, choć nie tylko:-)



"Historyjka

Była sobie pewna róża. I to nie byle jaka! Tylko księżniczka róż! Uważała się za najlepszą ze wszystkich. Myślała, że jest najładniejsza i nikogo nie potrzebuje. Pewnego dnia, matka postanowiła wybrać dla niej męża. "Ja nie chcę męża! Nie potrzebuję go!" - myślała Różyczka. Ale mama się nie poddała. Całe królestwo czekało, aż przyjadą książenta (pisownia oryginalna:-)). Gdy się zjawili, księżniczka uznała, ze nikogo nie wybierze, ale nie wytrzymała długo. Po pewnym czasie jeden przystojniak wpadł jej w oko. Dwa dni później wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie. Tak właśnie kwiaty obchodzą Dzień Zakochanych.
 Koniec


Z okazji walentynek, chcielibyśmy Wam życzyć wszystkiego najlepszego. Szczególnie dużo miłości i radości. Życzymy dużo szczęścia i serduszek!" 


A pod całą, pełną dramatyzmu opowieścią zawartą w walentynce, i pod ciepłymi życzeniami, znalazł się rysunek. Z pewnością ilustracja do romantycznej baśni ze świata róż i miłości:-)




Czy "miłością możesz zmienić świat!" ? Pesymistyczna część Edyty powątpiewa, racjonalna wzrusza ramionami, sceptyczna wydaje z siebie głośne "phi!", romantyczna... mimo wszystko... mocno wierzy:-)

Mój ulubiony fragment z Historyjki na Walentynki? "Myślała, że jest najładniejsza i nikogo nie potrzebuje", no tylko się uhahać po pachy. Choć mam też słabość do fragmentu: "po pewnym czasie jeden przystojniak wpadł jej w oko. Dwa dni później wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie", och... Gdybyż to było takie proste, prawda? Żyli długo i szczęśliwie...



Pozdrawiając ciepło!
zachęcam nieustająco do zajrzenia - do poniedziałku do południa - o tutaj KLIK:-), 
gdzie czekają 
- na przykład -
wolne jeszcze

kocie magnesy 


foremki do wypieku kocich ciastek


pakowna prze-kocia torba


notesy pełne kotów w środku i na zewnątrz


i inne kocie inności.


Edyta z Kubkiem Kawy

czwartek, 16 października 2014

Podaję dalej:-)

Po pierwsze, i bardzo ważne!, to zamieścić muszę ten oto komunikat organizacyjny, który dziś w nocy na karteluszku wsunął mi pod drzwi Święty Mikołaj, patrona naszej Wymianki mikołajkowej.

"Ho ho ho! 
Doszły mnie słuchy, że w tegorocznej wymiance, na którą mam czujne oko!, 
doszło do pewnych ograniczeń, wprowadzono pewne hamulce odnośnie przystąpienia do wymianki. 
No ho ho ho! No jak to! No co to! No czemu! Ho ho ho! 

A więc 
(w pradawnych czasach można było zaczynać zdanie od "więc", no więc zaczynam:-))
 odgórnie decyduję i niniejszym ogłaszam, iż 

do Wymianki Pod Patronatem Świętego Mikołaja może przystąpić każdy! 

Każdy HO! każdy HO! każdy HO!
Nieważny wiek! Nieważne nie / posiadanie bloga!

Sam KLIK do Wymianki należy uczynić na banerek na prawym marginesie Strzępków i Okruchów.

Pozdrawiam wszystkich Wymiankowiczów oraz wszystkich Tuczytaczy!

Niech żyją Święta!
Niech żyje 6 grudnia! 
Niech żyje kolor czerwony!
Niech żyją czekoladowe ciasteczka!

Wasz Święty Mikołaj"

A to Mikołaj! No tak się cieszę! Bo ja ostatnich kilka nocy spać nie mogłam... W dzień żadne jabłko, żadna gruszka, żadna zupa groszkowa nie smakowała... Tylko te wyrzuty sumienia... Co prawda, staruszkowi Świętemu zapomniało się, że to on - kierując się kilkoma głosami w ubiegłorocznej wymiance - wprowadził taką niecną zasadę, co do wieku i co do prowadzenia bloga, by móc wziąć udział w wymiance tegorocznej. No ale chciał dobrze. Chciał dobrze. A wyszło jak zawsze? :-))) 
Tak więc za sekundę naniosę poprawkę w treści zasad Wymianki Pod Patronatem Świętego Mikołaja i kto żyw, i ma ochotę na udział w wymiance, zapraszamy - Święty Mikołaj i ja:-)


A teraz inne przyjemne przyjemności:-)

Dwa dni temu dostałam taaaaaki piękny zestaw "podajdalejowy" od Joolii (KLIK). Otwieranie paczuchy, jak zawsze, było przemiłe. Rozszudrywanie niespodziankowych kopert to to, co tygrysy lubią najbardziej. Tygrysy lubią także robić i pakować prezenty, ale o tym później. 

W paczuszce był organizer w kolorach jesieni (ach ach!), który już z zawartością kilku długopisów i nożyczek stoi koło telefonu w przedpokoju. Eteryczny i romantyczny "podrasowany" pędzel wisi na regale z książkami. Wielka moc przydasiów czeka niecierpliwie na w pudełku na swój moment. Wśród scrapków były moje ulubione baloniki - serduszka:-)




A do całej mocy "podajdalejowej" prezentów od Joli dołączona była piękna romantyczna motylowa kartka.


Prawda, że przewspaniałe "podaj dalej"? :-)
Jolu, bardzo serrrrrrdecznie dziękuję za całą moc przyjemności:-)


I teraz to, co tygrysy lubią baaaaaardzo, a mianowicie moje "podaj dalej"
Osoby chętne do pociągnięcia zabawy w "podaj dalej" proszę o wpis w komentarzu poniżej. 
Dwie pierwsze otrzymają ode mnie paczuszkę - niespodziankę, 
a następnie każda z nich zobowiązana jest by ogłosić u siebie "podaj dalej" i obdarować dwie osoby.
Informacyjnie podam, iż z własnego "podaj dalej" należy wywiązać się w ciągu roku.
Choć ja na pewno uczynię to duuużo szybciej:-) 
Bardzo ciepło zapraszam do bycia przeze mnie obrezentowanym:-)


Tego samego dnia, gdy przyszła wielka koperta od Joli, dotarł także przemiły, na poły rozkosznie słodki, prezent od Avrei (KLIK). Czerwony - mój ulubiony! Wełniana biżuteria miała już swoją premierę, niemal w tym samym momencie gdy nastąpiło otwarcie koperty. Kredki!! Sam ich widok poprawia humor, a już użytkowanie! 


Agnieszko! Wyplątując się z metrów naszyjnika i wypuszczając kredki z rąk, baaaaardzo dziękuję za miłą i piękną niespodziankę!


I bardzo chcę się też pochwalić piękną kocią kartką od małej Marty z Poznania, wielkiej wielbicielki kotów. Z kolei ja jestem wielką wielbicielką martowych laurek! Choć sierściuszków oczywiście też.


Prawda, że grrrrrrrrrrrrrrrrrr... :-))) Nie ma to jednak, jak kartki spod łapek dziecięcych.


ps. z przeglądu zalegającej koło łóżka prasy



Życząc
wiele życia w życiu:-)
Edyta z Kubkiem Kawy

piątek, 21 lutego 2014

Na początek zaproszenia a potem...

Jeszcze w ubiegłym roku - łoj, jak ten czas leci! - takie oto zaproszenia na chrzciny małego Mikołajka wychałturzyłam. 



Jako, że posiadałam jedynie jedną sztukę uroczego tekturowego konika, z którego zrobiłam inny użytek (o czym poniżej), więc potraktowałam go jak szablon i powycinałam koniki z papieru, całe w błękitach.

Dla owego Mikołajka wydziałałam także z tekturki - beermatu napis imienny, potraktowałam każdą literkę decoupagowo i taki oto efekt końcowy uzyskałam.




Do kompletu - aniołek na dobrą drogę przez świat.



Obszudrana doszczętnie (szudranie moja miłość!!) kartka gratulacyjno - życzeniowa dla Rodziców młodzieńca, ze zdobycznym wózeczkiem.



I jeszcze dla tegoż samego Mikołaja - albumik 25 na 25cm, na zdjęcia albo inne różne różności. I tu właśnie oryginalny tekturowy konik we własnej końskiej osobie.



Jak to ja, nie mogłam się oprzeć, i całość lekko postarzyłam, ale bez szudrania tym razem!

Przepraszam za jakość zdjęć, gdy je robiłam było tak strasznie deszczowo i pochmurnie (zupełnie jak w tej chwili) i nawet rozjaśnienie zdjęć nie daje zbyt wiele światła. Co prawda każda karta jest sztucznie nadgryziona zębem czasu, ale i tak nie była w oryginale tak ciemna, jak to opowiadają poniższe zdjęcia. 







To tyle mikołajowych opowieści.

A na koniec zapraszam do zabawy w "podaj dalej"! Kto chętny, zapraszam!
Sto tysięcy lat temu, czyli w ubiegłym roku... tak pod koniec roku... Wiem, wiem... Ale ze mnie nędzna norka. Oj, ogrrrrromnie nędzna! Prócz owego "podaj dalej" mam jeszcze inne zaległości... Wstyd... 

A więc... sto tysięcy lat temu, czyli pod koniec ubiegłego roku, dostałam - w ramach "podaj dalej" - piękny zestaw ocieplaczowo - świąteczno - kubkowy od Mru Mru, która zamieszkuje wraz ze swoim blogiem W Pokoju Na Poddaszu. Szaliko - zawijacz porwała od razu moja Mama, ech... 


Zwracam uwagę zwłaszcza na rzecz bliską memu sercu, a więc kubek na kawę przy bransoletce! No i jeszcze porcelankowe filiżanki - kolczyki na herbatę. Zapewniam Was, że w każdej filiżance leży apetyczny, maleniuni plasterek cytryny! A to ci zestaw!! Pyszota!



Takoż pod koniec ubiegłego roku otrzymałam też kolejne, tym razem łuckowe "podaj dalej", wyszperane i wydziałane spośród jej blogowych Gatek i Szmatek. Poduszeczka na igły właśnie w użytkowaniu, za chwilkę pokażę do czego. Arbuzowe papierki już poszły w świat na kartkach. A kolczyki w zieleni miały premierę w Wigilię, fioletowe jeszcze czekają na swój pierwszy występ. 




Kto chętny na moje "podaj dalej", zapraszam ciepło:-)
Pierwsze cztery osoby, które wyraźnie wyrażą taką chęć w komentarzu pod postem, obsypię garścią przydasi takich i owakich oraz czymś wychałturkowanym z wielkim zacięciem i dużym wkładem serca:-) 

Dla porządku przypomnę tylko, iż udział w "podaj dalej" zobowiązuje do ogłoszenia u siebie (po otrzymaniu swojej niespodzianki) własnego "podaj dalej" i obprezentowaniu dwóch osób. Z wysyłki "podaj dalej" należy się wywiązać w ciągu roku. 

A do czego służy mi poduszeczka na igły od Łucki? Trzymam w niej igły, gdy nie robię takich oto rzeczy... Na przykład takich oto rzeczy... czyli.... 

TRA TA!!!!!!!!

Pierwsza Kartka Wielkanocna A.D. 2014




I coś pozawielkanocnego, na Dzień Mamy może...


Ależ Was zanudziłam chyba... Zaobrazkowałam... Przepraszam:-)

Pozdrawiam serdecznie z pięknie deszczowego Goleniowa:-)
Edyta z Kubkiem Kawy 

piątek, 14 lutego 2014

Jeżeli kochać...

"Jeżeli kochać to nie indywidualnie.
Jak się zakochać to tylko we dwóch. 
Czy platonicznie pragniesz jej, czy już sypialnie, 
niech w uczuciu wspiera wierny cię druh!" 

Tak chyba, mniej więcej, napisał Przybora. Taki peanik na cześć trójkąta uczuciowego? A może uczucia w ogóle są tak wielkie, że zmóc je można tylko wespół, w zespół? Od kilku dni ta piosenka chodzi za mną. Pewnie, czuj duch!, romantyczna strona duszy próbowała przyszykować się na dzisiejsze święto. I jeszcze cichutko śpiewał mi Łazuka, że "to była miłość niełatwa, oj niełatwa, a co do tego...". 

Ogólnie rzecz ujmując, mało romantycznie zostałam nastrojona przez Starszych Panów, ich w duszy mej graniem,  na dzisiejsze święto... A nawet nieco uszczypliwie, z przymkniętym okiem. 

Ale tak nie można w Walentynki! Nie wypada! I nie poddałam się!!

Z samego rana zapodałam sobie odrobinę Joe Cocker'a i "You and me", potem szczyptę Joe Dassin'a, potem patriotycznie sięgnęłam "Kocham cię jak Irlandię" i takie tam inne... Ku rozpaczy sierściucha nawet zaczęłam śpiewać. O! Przepraszam. "Śpiewać"!! Potem upiekłam ciasteczka czekoladowe dla dzisiejszych gości i wreszcie przyszłam do Was żeby...

z wielkiej sympatii walentynkowo wyprzytulać
 kto tylko chętny
:-) :-) :-)
i obrzucić odrobiną serca
:-) :-:-)


Takie kartki wypuściłam z początkiem tygodnia, na bardzo szybko, choć oczywiście z ogrrrrromną dozą uczucia dla Szanownych Adresatów!


Przeszperałam też mój bazgrolnik, pamiętałam, że gdzieś mam coś takiego...


... czym w praktyce, jako ZAWSZE BARDZO OSTROŻNA OSOBA, nie do końca się kieruję. To znaczy zgadzam się z tym bardzo, a bardzo!, ale głównie w teorii. I oczywiście także wtedy gdy, jako BARDZO MĄDRA OSOBA, komuś coś radzę:-) 

Tuż obok bazgrolnik ma wklejoną karteczkę z fragmentem z Blake'a:

" Nie próbuj mówić o miłości,
Bo ona w słowach się nie mieści,
Jest jak wiatr: cichy, niewidzialny,
Co tylko czasem zaszeleści."


I także uszczknięte z boskiego czasopisma z czasów prehistorycznych polskiej prasy dla młodzieży, z "Filipinki": 

"Miłość. Gdyby nauczyć jej dzieci, nie byłoby nieszczęśliwych dorosłych."


Ale dość już pochmurnie, szaro - buro i wręcz deszczowo! Walentynkować należy radośnie i przyjemnie!

Mama i ja dostałyśmy dziś rano po pięknym bukiecie walentynkowym! Powiadam Wam, to jest przyjemność! I to tak całkiem z zaskoczenia! Wielkiego! Jak to leci... "Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki"? Zgadzam się w całej rozciągłości! Nasz rodzinny, powinowaty (bo mąż kuzynki) Rysio przeleciał skoro świt z bukietem tulipanów fioletowych dla Mamy i bukietem róż różowiastych dla mnie. Och... Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki!!!

Niektórzy oczywiście bojkotują święto...


... jednocześnie utrudniając wszelkie prace przedwielkanocne. Często nawet, owi niektórzy, posuwają się do tego, że anektują siłą - i oczywiście podstępem - na chwilę porzucone przedmioty, woreczki i kartony...


... a następnie okupują je bezprawnie godzinami. I to, co oburzające!, ku uciesze ogółu.

Walentynkowe plany na wieczór? Jeśli nic się nie wydarzy to kawa inka z pianką i "Błękitny zamek" L.M.Montgomery, jak na starą pannę przystało:-) A co!!:-) Choć duchowo się nie czuję, ale pewnie niektórzy tak mnie widzą:-) Staropanieństwo, jak i starokawalerstwo, to stan ducha, nie matrymonialny. Taką mam sprytną teorię.
Miałam w liceum koleżankę, która już od urodzenia była starą panną. Wyszła za mąż za przedniego młodzieńca, ma fajną córkę, ale starą panną pozostała na wieki. Ale jestem złośliwa norka... Jak to stara panna:-))) Muszę to jednak przemyśleć:-)

Pozdrawiam bardzo ciepło, bardzo serdecznie i bardzo walentynkowo!
Edyta z Kubkiem Kawy

PS. A mój internet dalej głupieje i mnie wyrzuca, i wyrzuca, i wyrzuca... Niniejszy wpis zajął mi, skutkiem owego wyrzucania, ponad dwie godziny! I nawet wespół, w zespół nie da się tego zmóc...

Ach! Zapomniałabym! Oczywiście w dniu imienin Walentego, w Walentynki apeluję:

KOCHAJMY SIĘ!

ZAKOCHUJMY SIĘ! 

SYMPATYZUJMY! 

Sympatyzując z Wami, padam do nóżek
Edyta z Kubkiem Kawy








sobota, 7 grudnia 2013

Ho ho ho... czyli wymianki pod patronatem św. Mikołaja niemal finał

Fabryka Małych Przyjemności na kilka chwil zarzuciła kąt roboczy i z kubkiem kawy przystępuje do czegoś w rodzaju podsumowania. Jak to mówią...


wymianka, wymianka i po wymiance... 

A raczej... Niemal po wymiance. Niestety!!!, do czterech wymiankowiczek przesyłki jeszcze nie dotarły. Ogromnie mi przykro z tego powodu. Bardzo. Jednak paczki są w drodze! Przynajmniej, co do trzech z nich, mam taką informację. Można więc powiedzieć, że Mikołaje zadziałały prawidłowo, a zawiodły... renifery. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa i pozytywnych przypuszczeń, przesyłki winny w końcu dotrzeć w poniedziałek. Oby nie zaginęły w przyrodzie. Oby! Trzymam rękę na pulsie, jeśli takie internetowe trzymanie coś daje... Gdyby co... oczywiście wywiążę się z mojej obietnicy przysłania paczki pod choinkę:-) 

Uśmiechnęłyście się radośnie na widok efektu mikołajowych poczynań? Tak? Bardzo bym chciała, żeby wszyscy owego mikołajkowego dnia byli naprawdę ucieszeni z tego co otrzymali:-) Oczywiście, pomijam już kwestię przykrej sytuacji opisanej powyżej... A więc? Jest uśmiech na twarzy?

Bardzo bardzo bardzo dziękuję za udział w wymiance. Przyzna, że było to chwilami wyzwanie. Głównie w owej dłuuuuugiej chwili, gdy pisałam posta po losowaniu par Mikołaj - Obdarowany. To taka chwila na dwie kawy i trzy michałki. Kopiowanie adresów, ho ho ho...
Jeszcze raz bardzo dziękuję za udział w wymiance! Bardzo:-)

Wyciągnęłam z Wymianki Pod Patronatem Św. Mikołaja kilka wniosków, bo to moja pierwsze tego typu poczynanie, które zmuszą mnie do modernizacji zasad ewentualnej przyszłej wymianki.

U mnie Mikołajkowo zadziałała się sporo i przyjemnie. Domowy Mikołaj był ogromnie niecierpliwy i jeszcze w... październiku! dał mi książkę:-) A w Mikołajki dostałam, podrzucony na stolik pracowniczy, zestaw: rózga z dodatkiem czekolady. A może czekolada z dodatkiem rózgi? Wolę wierzyć w to drugie:-)



Poza wymianką, o której za sekundkę, dostałam piękne niespodzianki. A nawet niespodziewanki, bo były to całkiem niespodziewane niespodzianki!

Od mojej ulubionej Pani Dyrektor:-) Basi, z 5 Pory Roku, dostała mi się wielka torba z uśmiechniętym Mikołajem, pełna choinek i słodyczy oraz serwetek na otarcie łez radości:-)


Dziękuję Basiu! Naprawdę taaaaka niespodzianka!

Od Kasi - Brujity, która nierozłączna od swojej kociej towarzyszki, przyleciało do mnie coś idealnego, na wytrzęsione gorączką kości-) Ciepły, bordowy kocyk z Mikołajem i reniferem! I jeszcze herbata na rozgrzanie. Jakby Kasia wiedziała, że angina w toku:-) I do tego ulubiona Milka truskawkowo - jogurtowa, na którą się rzucę, gdy tylko wróci mi zmysł smaku. A to jeszcze nie jest koniec paczki...


Brujiciarzu, Ty to potrafisz zaskoczyć:-) Dzięki dzięki bardzo:-)

Mikołajkowo potraktowałam także to, co Gosia - Mini Filcuś, włożyła na plus do paczki z zamówionymi przez mnie u niej filcowymi prezentami pod choinkę. O prezentach oczywiście sza... Choć mój podziw dla działań Gosi jest jak stąd do Marsa! A na plus w paczce był, okrutnie potraktowany przez renifery, Mikołaj czekoladowy. Chłop doszedł potrzaskany w drobny proch, tylko mu się czekoladowe ciałko obijało po cynfoli. Minę miał wklęsłą i dość zgorzkniałą. Paczka była w podobnym stanie... Choć nie dopatrzyłam się jaką miała minę... Dobrze, że rzeczy w niej z filcu i tylko dlatego żyją!  Żyły także owe plusy - prezenty od Gosi, coś idealnego na moją ulubioną jesień! W końcu jesień kalendarzowa w toku, a poza tym, kolejna jesień już za rok!


Gosiu, ogromnie dziękuję:-) Muchomorów nigdy dość. A Twoje filcaczki boskie! Mam tylko ogromny problem... Jak tu oddać tak piękne rzeczy w cudze ręce... Ech...

A wymiankowo... :-) :-) :-)

W Wymiance pod Patronatem Św. Mikołaja, przybyło do mnie oto to, od Papierkarnii ze stolicy Wielkopolski.


Papierkarnia napisała mi, przepraszająco, że nie umie pakować prezentów. No też! Każda z rzeczy zapakowana była pieczołowicie w szary papier, przewiązana sznurkiem plus radosna kokardka. Niestety Dział Dokumentacji Fotograficznej Fabryki Małych Przyjemności nie zdołał zrobić zdjęcia zapakowanego prezentu, zajęty był bowiem radosnym rozrywaniem paczuszek!
I tak stałam się szczęśliwą posiadaczką moich pierwszych buttonsów! Także pięknej, na poły szydełkowej kartki, boskiej książki o błyskawicznych robótkach (jaki tam jest wzór na fantastycznego misia!!!) oraz... wiadomo co tygrysy lubią najbardziej... Choć tak w zasadzie to tygrysy lubią wiele rzeczy:-) Ale kubki i filiżanki są, tuż obok książek, na samym czubku trygrysolubienia:-) A owa filiżanka dla miłośników babeczek uplasowała się na czubku czubka tygrysolubienia:-)




Papierkarnio droga! Dziękuję przeserdecznie! Czyli mówiąc po mikołajowemu... HO HO HO:-)

A w ramach pół "służbowej" - pół prywatnej wymianki dostałam także prezent od Rudej S. - Sary. W kopercie przyleciała cała furka torebeczek z papieru z książek. Torebeczki pieczołowicie opisane, zawiązane na małą, złotą kokardkę. Zawierały one w sobie przyjemne, różnorodne, piękne, bardzo bardzo bardzo liczne "cosie". Także niemnożka kanfietaw!


Saro! Bardzo serdecznie i ciepło dziękuję:-) Mój ulubiony... oczywiście dzbanuszek kawy i filiżanka:-)

I na sam koniec taka oto mała niespodzianka:-)
Gdy zaczęłam pisać posta, w którym ogłaszałam wylosowanych: Mikołajów i Obdarowanych, wymyśliłam sobie także, że wśród osób, które przyślą mi informację o nadaniu paczki lub wysłaniu koperty lub zdjęcie jej zawartości (o co wyraźnie prosiłam w tymże poście) zrobię małe losowanko małej niespodzianki:-) A co! Jak szaleć, to szaleć:-)
 Tak więc maszyna losująca poszła w ruch... tj. poprosiłam Mamę by wskazała na liczbę od 1 do 23 (bo tylko tyle osób przysłało maila z informacją o wysyłce) i padło na 18 a więc na... pannę Psycholog - IC:-)
Adres oczywiście posiadam:-), a mała przyjemnostka w małej przesyłce wyleci w poniedziałek:-) Mam nadzieję, że się spodoba...

I jeszcze...   
Dostałam w Mikołajki taki oto anonimowy komentarz, pod postem ogłaszającym Wymiankę pod Patronatem Św. Mikołaja, pisownię cytuję w oryginale, mam wielką nadzieję, że była... zamierzona:-), z pewnością dla wzmocnienia przekazu:-), a więc: 

"bez nadzieja muwie to wam ja gelka 123557687698787 ktos przebije mnie".

Hmmm... Nie żalę się, o nie! Jedynie sobie rozmyślam... Jeśli Anonimowej Gelce nie podobał się pomysł wymianki, mogła ona sobie poszukać innej, przyjemnej, obiecującej, ciepłej wymianki okołoświątecznej. Natomiast jeśli Anonimowa Gelka wzięła udział w wymiance i jest ogromnie niezadowolona z jej efektu to jest mi bardzo przykro. Naprawdę. Serio serio. Lepszy efekt przynosi jednak rzeczowy mail lub takiż komentarz, niż wprowadzanie, tym co się muwi, atmosfery bez nadziei i sonczenie jadó:-) Szkoda życia:-) Anonimowa Gelko, głowa do góry, inne wymianki mogą się udać lepiej. I... poczuj święta:-) Życzę udanych prezentów pod choinką:-)
Swoją drogą, bardzo mnie ciekawi, co znaczą owe cyfry, które tak złowieszczo wyglądają? A może to strasznie długa liczba mówiąca na której pozycji beznadziejnych rzeczy znajduje się wymianka? A może tajny kod, który wypowiedziany na głos, sprawi, że zamienię się w żabę. W sumie... wyszło by mi to na dobre:-) 


I tym... chciałam napisać, że "optymistycznym" akcentem... Ale w sumie, nieco mnie ubawił ten komentarz. No więc... I tym zabawnym akcentem PADAM DO NÓŻEK i...

poczujmy już święta:-)

Edyta z Kubkiem Kawy

ps. W przyszłym tygodniu pośród strzępków rozsypana zostanie dość szybka loteryjka na świąteczne wieczory... Już zapraszam:-)




sobota, 2 listopada 2013

... smutny deszczyk sobie mży...

... w oddali jeszcze niebo się niebieszczy... smutny deszczyk sobie mży...  Od rana tak mi Kabaretem Starszych Panów w duszy gra i deszczy, i mży, i chlupoce ...


I stąd same okołodeszczowe przyjemności... Ciepła herbatka malinowa lub poziomkowa. Odbywa się haftowanie obrazków świątecznych, bo Mama poczuła szóstym, a może siódmym?, zmysłem, że Boże Narodzenie tuż za rogiem. Niektórzy bardzo pracowicie chrapią i w pocie czoła, z pełnym zaangażowaniem oddają leniwieniu się...


A ja, wraz z Niedźwiedziem z Trójki:-), działałam dziś w roli podkuchennej. Radio w kuchni rzecz niezbędna! I tak na obiad była zupa pieczarkowa ze sporym udziałem grzybów suszonych, jeszcze z wypustu AD 2012, oraz akcentem czosnkowym. A z samego rana, wiedziona przeczuciem, upiekłam ciasto. I przeczucie, w nomenklaturze niefeministycznej zwane "intuicją kobiecą", nie zawiodło mnie. Właśnie dzwoniła Kuzynka i za kilka kwadransów przybędzie wraz z Rodziną. Pysznie! Nie ma to jak mili goście w niespieszne popołudnie! Czajnik na ogniu w pogotowiu. Świeczki dla nastroju przygotowane. Ciasto w lodówce. Talerzyki i serwetki na stole. Sztućce radośnie pobrzękują...

A ja jeszcze na szybcika napiszę kilka zdań.

Po pierwsze, żeby nie było, że się leniwiłam, gdy mnie tu nie było... Wychałturkowałam nieco rzeczy. I to z różnych bajek. Ale dziś tylko coś dla Oliwki i coś dla Majki. A widzieliście piękny uśmiech i radość Oliwki w wiadomościach takich i owakich? Bezcenny widok:-)



Jak widać i "czytać", dynks zakupiony! Magiczne Informatyczne Ręce zamontowały dynks, odprawiły tajemnicze, wysoce wyspecjalizowane, czary - mary i internet pomyka jak rączy rumak. Ba! Jak Kasztanka Marszałka! Jak Tempest Zorra! Jak... nie, nie jak Rosynand Don Kichota!! O nie!
Teraz będę mogła, z kubkiem kakao, udawać się do każdego/każdej z Was, na nocne czytanie blogowe. Mniam... Na nadrabianie zaległości w Waszym blogowym życiu:-) Pyszota! 

I na koniec, ale na dobry "poprzerwowy" początek zapraszam na podjęcie "podaj dalej":-) Jakiś czas temu szczęśliwie udało mi się wkręcić na "podaj dalej" u Maikowej i w taki to sposób stałam się posiadaczką pysznej rudowłosej, zamyślonej lali, przygotowanej na zimowe mrozy:-)...


... a także posiadaczką przytulnej kartki z pięknym cytatem.


Takie właśnie przyjemności:-) przyleciały do mnie od Maikowej. Teraz ja, w ramach "podaj dalej", z ogromną radością wyślę prezent pierwszym dwóm osobom, które wyrażą chęć bycia obprezentowanym w komentarzu poniżej. Z przyjemnością coś wychałturkuję:-)

Na wszelki wypadek, oto zasady "podajdalejów": pierwsze dwie osoby, które zwerbalizują w komentarzu poniżej chęć bycia obdarowanymi przeze mnie, otrzymają prezent. Na wysłanie prezentu jest calusieńki, okrągły rok, ale że to strrrrasznie niemiłosierne jest, to ja zdecydowanie wywiążę się w krótszym czasie. Osoby obdarowane, po otrzymaniu upominku "podajdalejowego", ogłaszają na swoim blogu "podaj dalej", obdarowując także dwie osoby. 

Uciekam. Zaraz z pewnością nadejdą goście. Jako osoba z aspiracjami do bycia damą, oddalę się, by się odświeżyć:-)

A jutro... losowanie w Wymiance pod Patronatem Świętego Mikołaja:-) Ach... Piszecie już listy do świętego?

Pozdrawiam deszczowo i ogromnie jesiennie:-)
Edyta z Kubkiem Kawy